Postaw mi kawę na buycoffee.to

Siedlisko

   Niewielki własny domek wybudowali Rodzice w 1,5 roku .Był to drewniany budynek z bali zwożonych z okolic Siennego Rynku, pochodzących z rozbiórki budynku, kupionego przez Dziadka z przeznaczeniem dla Taty i jego brata. 

  Wozili to tzw. platformą zaprzężoną w dwa wynajęte konie. Mama sprzedała swoje szumne palto podbite futrem z okazałym, szalowym kołnierzem i za zarobione pieniądze kupili rodzice brakujące drewno i inne elementy. 

  Ściany parteru budynku obił Tata płytą suprema, owinął to siatką rabitza i otynkował. Budynek z zewnątrz wyglądał jak murowany.  W środku budynku był trzon kominowy z zintegrowanymi piecami - kuchennym z okapem, piekarnikiem, fajerkami i chromowanymi zwieńczeniami, oraz niejako przyrośniętym do niego piecem grzewczym ogrzewającym dwa pomieszczenia.

 Tak oto, Tata wybudował dom, zasadził drzewo, syna już miał a przed jego urodzeniem przedobrzył sprawę i postarał się o dwie córki. Przydały mi się te Siostrzyczki. Pamiętam, jak siadywaliśmy wokół pieca, ja podkładałem do niego wióry, które przynosił Tata we worze ze stolarni Stryja po sąsiedzku, które stanowiły dobre uzupełnienie węgla, a Siostrzyczki na zmianę czytały mój ulubiony " Potop " ( byłem wtedy pierwszoklasistą i dopiero składałem litery ). 

  Tak, nie umiejąc czytać poznałem treść całej Trylogii. Potrafiłem nawet cytować powiedzonka Zagłoby i Rocha Kowalskiego.


Tadeusz Wrona

https://webetech.pl/go/ecb39fa137

Kościół Św.Rocha jakiego nie znacie

   15 stycznia 1939 r. w „Dzienniku Białostockim” przytoczono fragment sprawozdania Komitetu Budowy Kościoła: Ukończenie budowy wieży, na której stoi statua Matki Boskiej, oświetlona na uroczyste święto reflektorami. Wewnętrzne tynkowanie jeszcze nie ukończone, wstawiano okna i oszklono kopułę. Autor sprawozdania proboszcz parafii św. Rocha ks. A. Abramowicz wyrażał nadzieję, że jeszcze w 1939 r. świątynia zostanie oddana do kultu.

  Wieża miała spełniać jeszcze jedną niezwykle ważną funkcję służąc jako dzwonnica, nagłaśniając całe miasto dźwiękami przywołującymi na nabożeństwa, towarzysząc w ostatniej drodze mieszkańców. Dzwony świętoroskie kontynuują tradycje zabranych przez uciekającego z miasta zaborcę rosyjskiego, latem 1915 r. Największy dzwon zwany Wielki, wiszący w wieży starego kościoła Farnego ważył 100 kamieni, a opasywały go napisy:

"  Twój jest dzień.

Twoja jest noc.

Panu Panów.

Kościół i parafia białostocka poświęcili.

Roku 1832 dnia 1 lipca.

Imię moje Kazimierz.

A ci co mnie po trzeci raz przeleli:

Aleksander Rymaszewski,

Wincenty Włodkowski. Litwini.

Jak twój w serce grzeszne wnosząc rozrzewnienie.

Wezwie do pokuty.

Zapowie zbawienie.

Zmarły powierzy ci nadzieje i losy

Z twemi ulecą do nieba wiernych głosy.

Tłumaczu strat naszych i wszystkich żałości!

O stań się zwiastunem powszechnej radości. "

   We wrześniu 1939 r., w bombardowanej Warszawie, w ruinach Politechniki Warszawskiej zginął projektant – Oskar Sosnowski, nie doczekawszy się pełnej realizacji swego pomysłu. Budowa Pomnika Niepodległości jednak trwała nieprzerwanie i w latach okupacji.

  W 1940 r. zbudowano pierwsze piętro wewnętrznych galerii świątyni. To nasunęło sowietom pomysł odebrania świątyni i przeznaczeni jej na cyrk.

  Jak wspominali parafianie św. Rocha, ci okupanci dwukrotnie nakładali na parafię kontrybucję, na którą wędrowały pozostałości kosztowności parafian, aż do zupełnego wyczerpania, tak, że na drugą kontrybucję w czerwcu 1941 r. nie zebrano odpowiedniej kwoty i miano oddać mury nie dokończonej świątyni władzom.

  Ze szlochem, leżąc krzyżem we wnętrzu parafianie uczestniczyli w ostatnim jak się wydawało nabożeństwie, żegnając się z marzeniami i planami. Było to ostateczne pokonanie polskiego Białegostoku.

  Stało się inaczej. Następnej niedzieli nie było już w mieście okupantów sowieckich, a jeszcze nie wkroczyli okupanci niemieccy, parafianie św. Rocha odśpiewali w niedokończonym wnętrzu pieśń Boże cos Polskę… Usytuowany pod wieżą i zakrystią żelbetonowy schron, a także wkopane we wzgórze inne ziemne schrony zabezpieczały kryjących się w nich od tragicznych w skutki bombardowań miasta w 1943 i 1944 r.

  W 1942 r. ułożono posadzkę, ustawiono szafy w zakrystii. W 1943 r. sporządzono dębową ambonę, w 1944 r. trzy takież konfesjonały.

  Już po froncie 1944 r. żołnierze polscy uczestnicząc w pracach we wnętrzu zaleli cementem żelbetowe sklepienie pierwszego piętra galerii. Wykonano też wówczas żelazną kratę kaplicy św. Rocha. 

  Rok 1945 r. zaczął się od sporządzania ołtarzy, ustawiono figurę Najświętszego Serca Jezusa w ołtarzu głównym Chrystusa Króla. (Ołtarz ten był projektowany przez O. Sosnowskiego, nie odczekał się nigdy pełnej realizacji. Obok postaci Chrystusa miała stanąć postać Maryi, w otoczeniu świętych polskich.

Bomba w górę, ołtarzyki, szkaplerzyki, medaliki pozłacane

    Bajkowy klimat Rynku Siennego sprawiał, że dzieci ciągnęły na targowisko, aby chociaż trochę pogapić się na różne atrakcje. Tu można było kupić flaszkie, apaszkie, garniturek dla dziecka, spódniczkę dla dziewczynki - na bazarze było wszystko. 

  Z sentymentem wspominam jedyny w swoim rodzaju kramik komiwojażera, który sprzedawał dewocjonalia przewieszone przez ramię oraz owocowe cukierki z tekturowej walizki ustawionej na rozkładanym stoliczku. W co trzecim zakupionym cukierku była ukryta mała karteczka oznaczona stemplem z kartofla. 

  Zakupiony ostemplowany cukierek uprawniał do wylosowania trójkątnego opakowania bodajże z pięcioma cukierkami. Nad głowami zgromadzonej gawiedzi sprzedawca machał wygraną paczką cukierków, czasami z lekka uderzając kogoś po łepetynie, krzycząc chrapliwym głosem: „Bomba w górę, każdy los wygrywa, ołtarzyki, szkaplerzyki, medaliki, pozłacane, posrebrzane, a dzieci spie… (tzn. bądźcie łaskawi troszkę się cofnąć)”. 

  Oczywiście, że dzieci ani nie spadały, ani nie oddalały się od akwizytora, tylko zachęcone reklamą kupowały owocowego cukierka płacąc 50 groszy za sztukę i licząc na wygranie magicznej paczki z pięcioma cukierkami. Każdy chciał poczuć ten dreszczyk emocji na własnych plecach.

  Sprawcą czarodziejskiego klimatu bazaru był również, bez wątpienia, niewidomy harmonista ze starą wypłowiałą rogatywką na głowie. Grał on m.in. piękne przedwojenne przeboje, za które wdzięczni białostoczanie, nie przymuszani przez nikogo, wrzucali pieniądze do miseczki. 

  Śpiewna, charakterystyczna i melodyjna gwara białostocka roznosiła się po całym Siennym Rynku, tworząc niepowtarzalny klimat. Często, między straganami, można było usłyszeć dialog pomiędzy nieprzepadającymi za sobą sąsiadkami: „a idi w kibini mater ty stara prukwo ze swoim nietołkowym bajstrukiem jak bambaryła” – wykrzykiwała jedna. 

  Druga, podrażniona w ambicję, nie będąc chora na język, odpowiadała: „sama ty idzi na hier, job twaju mać, łajzo i wycierucho jedna.” Dawniejszy duch i koloryt ryneczków, dziś wspomnieniem tylko jest.

    Eugeniusz Muszyc

https://webetech.pl/go/10b8109037

Translate