Postaw mi kawę na buycoffee.to

Agencja wycieczkowo-przemytnicza

   Przed wojną ludzie z wyższych sfer II Rzeczypospolitej jeździli za granicę całkiem legalnie i to z różnych powodów. Biedniejsi rodacy udawali się na emigrację w celach zarobkowych. Istniały też wyjazdy wymuszone, a tym samym nielegalne.

  Ówczesny Białystok i cała Białostocczyzna miały w tym ostatnim exodusie znaczny udział. Przodowali zwłaszcza Żydzi, którzy rwali się do Palestyny i państw obu Ameryk. Za granicą szukali też schronienia liczni przestępcy, dla których w ojczyźnie palił się grunt pod nogami.

  W drugiej połowie lat 30. spółkę wycieczkowo-przemytniczą założył i sprawnie nią kierował niejaki Jakub Moszko vel Jankiel Gałązka, znany też w środowisku ryzykantów i malwersantów jako prezes Galoński. Organizacja Galońskiego była mocno rozbudowana. Składało się na nią szereg placówek werbunkowych, rozsianych po całym województwie białostockim, które na różne sposoby przyciągały wszystkich pragnących po kryjomu opuścić kraj i udać się do Stanów Zjednoczonych, Kanady, Argentyny, Hondurasu i innych państw Ameryki Południowej. Na taki wyjazd jednak stać było tylko tych, którzy dysponowali dużą gotówką w złotówkach, a najlepiej w dolarach.

  Jeżeli ktoś zdeponował w zakonspirowanej placówce Galońskiego 500 dolarów albo 2500 złotych i wskazał cel swojego wyjazdu, wówczas dopiero ruszała cała procedura przemytniczej afery. Najpierw kierownik organizacyjny owej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, niejaki Eber Szwarc, przejmował wszystkie zgłoszenia i typował te osoby, których przerzut za granicę był najbardziej opłacalny i realny. Całą ekspedycję wybrańców przygotowywał tzw. agent emigracyjny Ernest Dahl z Prostek i jego odpowiednik w Gdańsku, Matys Malowin. Po długiej korespondencji pomiędzy tymi wszystkimi członkami szajki, którą nadzorował Szmul Sacharowicz, odpowiedzialny za termin wyjazdu, sprawa trafiała jeszcze do Galońskiego. Ten sprawdzał, czy wszystko zostało opłacone i dawał znak do rozpoczęcia przesyłu.

  Najpierw obsługiwany emigrant przybywał chyłkiem do Białegostoku. Tutaj odbierał go wtajemniczony właściciel autobusu, Szmul Perejs albo jego wspólnik Fiszel Szklarz, i ekspediował wraz z innymi pasażerami do Grajewa. Po dotarciu na miejsce delikwent trafiał do skromnego pensjonatu Rywki Kraszyńskiej, gdzie czekał na odpowiednią porę do dalszej drogi. O tym decydował przewodnik Polakowski, który też przeprowadzał gościa przez zieloną granicę polsko-niemiecką. 

  Przybyłych nielegalnie do Prus Wschodnich, kolejni pośrednicy, współpracujący z szajką Galańskiego, doprowadzali do Prostek. Tutaj, w pomieszczeniach niepozornej firmy handlowej, zbierała się cała grupa uchodźców. Kiedy nadszedł odpowiedni moment, w lokalu pojawiał się Ernest Dahl i transportował do miejscowości Lick. W tym miejscu amatorzy pracy i wolności za granicą otrzymywali świetnie podrobione paszporty oraz bilety kolejowe do Królewca. Zaopatrywano ich także w pieniądze na drobne zakupy i znaczki przypinane do odzieży w celu rozpoznania ich przez przemytników z tego miasta. W Królewcu zajmowano się emigrantami w podobny sposób, jak na poprzednich etapach podróży. Ich kolejnym celem stawał się Hamburg. Gdy dotarli tam szczęśliwie, czekała ich już tylko długa i uciążliwa droga przez ocean.

  Jeśli ktoś nie mógł skorzystać z drogiej oferty firmy Galoński i spółka, wybierał usługi indywidualnych przemytników, masowo grasujących na granicy Polski z Prusami Wschodnimi. Ci, choć dużo tańsi, nie zapewniali bezpieczeństwa i komfortu podróży, jak białostoccy kombinatorzy. Tę ryzykowną drogę wybierali najczęściej pomniejsi przestępcy i zbiegli poborowi, tropieni przez polską policję i żandarmerię.

"Kochankowie Wielkiej Niedźwiedzicy", jak nazwał przemytników Sergiusz Piasecki w tytule swojej znanej powieści, nie zawsze też wywiązywali się uczciwie ze swoich zobowiązań. Potrafili swoich klientów okraść, opuścić, a nawet pozbawić życia.

Włodzimierz Jarmolik

Jak obrażony żurnalista żurnalistę spoliczkował

    Przedwojenna prasa białostocka, zwłaszcza w latach 30., żyła rozmaitymi sensacjami. Niekiedy bywały to czystej wody kaczki dziennikarskie, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. Nagminnym dostarczycielem takich bomb był żydowski żurnalista Izrael-Gdale Sztejnsapir, zmieniający gazety jak rękawiczki (redagował m.in. Noje Białystoker, Sztymme, Noje Cajtung czy Białystoker Cajtung), znany ze słownych napadów na konkurencję. Ta odpowiadała oczywiście jeszcze wredniejszą ripostą. W końcu dochodziło do rękoczynów.

Przeciwnikiem Sztejnsapira był najczęściej inny miłośnik zjadliwych połajanek i złośliwości, Wiktor Iwanicki, redaktor wydający przez szereg lat tygodnik, o zmieniających się tytułach: Prożektor, Reflektor, Tempo czy Fama, który reklamował się jako „niezależne informacyjno-krytyczne pismo tygodniowe”.

   Kiedy zimą 1935 r. Sztejnsapir po raz kolejny zaczepił Iwanickiego, na rewanż nie musiał długo czekać. Na łamach Tempa, w krótkim tekściku odwinął mu współpracownik tygodnika prof. Piotr Lucjan Słucki. Czegóż tam nie było! Już w tytule Sztejnsapir nazwany został centro-parchem, a później jeszcze rzezimieszkiem prasowym, szantażystą, człowiekiem bitym po twarzy przez handlarki z Ignatek, cha mulą, białostockim Nachalnikiem, mierzwą i tak dalej. Na końcu zaś pojawiło się zdanie; „ Insekta prasowego trzeba wreszcie dokumentnie zgnieść”.

   Obrażony żurnalista zareagował momentalnie. 17 grudnia, w popularnej cukierni Lux, mieszczącej się przy ul. Sienkiewicza 38, gdzie przy kawie i brydżu albo nawet pokerku, spotykali się chętnie asy miejscowej prasy, przy licznych świadkach spoliczkował Słuckiego. Dalszy ciąg tego incydentu miał miejsce już w roku 1936, kiedy to 10 lutego zebrał się sąd koleżeński Syndykatu Dziennikarzy Białostockich, ażeby ocenić zachowanie swojego członka. 

   Sądowi przewodniczył Mikołaj Woydas - Schönbrunn, korespondent warszawskiego Naszego Przeglądu, zaś sprawę przedstawiał Jakub Szapiro, będący z kolei stałym współpracownikiem popularnego, krakowskiego IKC-a, czyli Ilustrowanego Kuriera Codziennego. Konkluzja sądu była następująca: „W specyficznych warunkach białostockich, wobec niezwykłej pobłażliwości czynnika administracyjnego i społeczeństwa dla tzw. „prasy rewolwerowej” żerującej na czci obywateli i z tego powodu napiętnowanej już prawomocnymi wyrokami wszystkich instancji korporacji dziennikarskiej - jednostka bezzasadnie zaatakowana przez ludzi niepodlegających kontroli zawodowej korporacji, tem dotkliwiej odczuwać musi ową krzywdę, ileż nie może liczyć na uzyskanie pełnej satysfakcji. 

   Artykuł pt. „Centro-parch” w tygodniku Tempo z dn 14 grudnia 1935 r. zawierał niespotykane gdzie indziej na łamach prasowych inwektywy i oszczerstwa i, oczywiście, godził w honor red. Sztejnsapira. Jednakże Sąd Dziennikarski SDB, uznając niewłaściwy sposób, jakiego Sztejnsapir użył przy wymierzaniu sobie satysfakcji, postanowił udzielić red. Sztejnsapirowi upomnienia”.

   Naczelnego Tempa W. Iwanickiego najbardziej oburzało to, że środowisko białostockich dziennikarzy skupionych w Syndykacie, do którego on nie należał, od dawna zaliczało jego szacowny tygodnik do tzw. prasy rewolwerowej, czyli mówiąc dosadnie brukowców, goniących za każdą sensacją podnoszącą nakład.    Sam zresztą określał adwersarzy tym samym epitetem. Żeby tego dowieść zastawił na nich sprytną pułapkę. 25 stycznia 1936 r. Tempo zamieściło notatkę pt. „Filia kasyna gry z Monte Carlo w Supraślu”. Wynikało z niej, że bardzo poważnie rozważana jest możliwość ulokowania pod Białymstokiem domu gry. Na tę zmyśloną wiadomość dali się złapać i Woydas i Szapiro. Zamieścili ją w swoich korespondencjach, oczywiście mocno rozbudowując i upiększając. Wkrótce Iwanicki sam odkrył mistyfikację i tym razem to on był górą.


Włodzimierz Jarmolik

Stowarzyszenie Mieszkańców Przedmieść

   W maju 1936 r. minęło 5 lat, jak w Białymstoku pojawiła się nowa organizacja społeczna, skupiająca mieszkańców ubogich dzielnic miasta.

A było ich wiele. Na poły rolnicze, zaniedbane przez władze miejskie i wojewódzkie, przyduszone panującym kryzysem, zaczęły wreszcie dopominać się głośno o swoje. Organizacja przyjęła nazwę Stowarzyszenie Mieszkańców Przedmieść. 

  Do Stowarzyszenia należała zarówno odległa Wygoda, bliższe Bojary, jak też przyległe do centrum Piaski. Poza tym rozrzucone w różne strony kawałki Białegostoku: Ogrodniczki, Białostoczek, Dziesięciny, Pieczurki, Skorupy, Dojlidy, Starosielce, Słoboda, Antoniuk, Marczuk, Nowe, Markowa Góra, Zacisze czy wreszcie Bazylka.

  Przedmieścianie mieli wiele wspólnych celów. Sztandarowe hasło było oczywiste: „podatki i inne ciężary w równej mierze ponosimy, to i prawo do wygód jednakowe mamy”. Śródmieście wymagało inwestycji z budżetu miasta, ale to szczególnie peryferie potrzebowały gwałtownej naprawy stanu uradzeń komunalnych. O programie modernizacji przedwojennych, dziurawych i tonących w błocie jezdni i chodników ulic białostockich pisał swego czasu w Albumie Andrzej Lechowski. 

  Przedmieścianie dopominali się również o nowe mosty na Białej, latarnie, tańsze światło, uczciwe rozrachunki z rzeźnią, kuchnie dla bezrobotnych, wolny dostęp do miejskich placów targowych. W memoriale skierowanym w połowie 1932 r. do wojewody Mariana Zyndram-Kościałkowskiego poszli jeszcze dalej. Wyłożyli swoje potrzeby kulturalno-oświatowe. 

  Domagali się nowych szkół i świetlic. Pieniędzy na prowadzenie kursów gospodarczych z ogrodnictwa, pszczelarstwa czy hodowli zwierząt futerkowych. Mieli w planach wydawanie dwutygodnika Przedmieścia Białostockie. Do 1936 r. przy usilnych staraniach działaczy, część tych zamierzeń została zrealizowana. Siedziba Stowarzyszenia przy Rynku Kościuszki 1 (II pietro) cały czas tętniła życiem. Tu odbywały się narady i odczyty, przyjmowano podania, udzielano porad. Przedmieścianie dorobili się swoich przedstawicieli w samorządzie miejskim, urzędzie rozjemczym oraz komisjach podatkowych.

  17 maja mieszkańcy przedmieść mieli swoje święto. Ich organizacja szczycąca się wezwaniem „Jedność i Siła” skończyła 5 lat. Liczyła w tym czasie już blisko 2 tysiące członków. Na czele stał prof. L. Węcław, a sekretarzował zaprawiony w bojach o lokalne sprawy St. Grzegorczyk. Głównym punktem uroczystości miało być poświęcenie sztandaru Stowarzyszenia. Wszystko zaczęło się o godz. 9 w kościele farnym. Po okolicznościowym kazaniu nastąpiło poświęcenie proporca. Na rodziców chrzestnych tej podniosłej ceremonii zostali poproszeni m.in. wojewoda Pasławski z małżonką. 

  Później ludzie z kościoła powędrowali do pobliskiego kina Świat, gdzie uroczystość była kontynuowana. Na scenie ustawiły się poczty sztandarowe organizacji sympatyzujących i współpracujących z przedmieściami. Głos zabrał prezes Węcław. Mówił o dokonaniach i planach na przyszłość. Kończąc wzniósł okrzyk na cześć Rzeczypospolitej i prezydenta Mościckiego. Sekretarz Grzegorczyk odczytał akt poświęcenia sztandaru i zaprosił do wbijania pamiątkowych gwoździ w drzewce. Chętnych było wielu. Jako pierwszy uczynił to prezydent Nowakowski. Jeszcze kilka przemówień i „Boże coś Polskę” zakończyło oficjalną część święta.

  10 czerwca Urząd Wojewódzki zatwierdził nowy statut Stowarzyszenia Mieszkańców Przedmieść. Znalazły się w nim paragrafy o apolityczności organizacji i jej wybitnie samopomocowych charakterze. Poza statutem Stowarzyszenie deklarowało jednak ścisłą współpracę z władzami sanacyjnymi i Kościołem.


Włodzimierz Jarmolik

Książka adresowa przestępczego Białegostoku

   Przedwojenny Białystok nie miał rzecz jasna osobnej książki adresowej miejscowych opryszków. A mógłby ją całkiem łatwo mieć. Wystarczyło uważnie czytać kronikę kryminalną w codziennych gazetach. Dziennik Białostocki, Echo Białostockie czy Ostatnie Wiadomości dostarczały bardzo dokładne namiary na wszelkiej maści osobników popadających permanentnie w konflikt z prawem.

  Można je było znaleźć zwłaszcza w stałych rubrykach. Takich jak: „Kradzieże”, „Sądowe kratki” czy „Z kroniki policyjnej”. Był tam podawany dokładny adres zatrzymanego przestępcy. Często jego wiek. Zdarzały się wzmianki o wykonywanym zawodzie i stanie cywilnym. A zwłaszcza, co ciekawe, opis poprzednich wpadek i wyroków. Takich adresów uzbierałoby się w dwudziestoleciu międzywojennym może nawet z pół tysiąca. Przypomnimy tutaj tylko kilka z nich. Najbardziej zasłużonych na niezbyt dobrze ułożonym bruku białostockim.

  Wśród doliniarzy pamiętających jeszcze czasy carskie wyróżniał się Szmul Zawiński. W grudniowym numerze Gazety Białostockiej z 1913 r. można znaleźć następującą notatkę: „W niedzielę, 14 ub. miesiąca w tramwaju został aresztowany 16-letni Szmul Zawiński, w chwili, gdy usiłował wyciągnąć portmonetkę u Stanisława Gumowicza”. W niepodległym Białymstoku ten kieszonkowy spryciarz również nie próżnował. 

  Zyskał nawet wzbudzającą respekt ksywkę „Złota Rączka”. W połowie lat 20. mieszkał przy ul. Suraskiej 42. Stąd wyprawiał się na okoliczne bazary i przystanki autobusowe. Od czasu do czasu trafiał za kratki. W kronice kryminalnej pojawiał się pod różnymi adresami, przy nieistniejących już dzisiaj ulicach Chanajek: Piesza 1, Orlańska 6 czy Krótka 2. W 1935 r. sędzia Korab-Karpowicz orzekł roczny wyrok. A chciałby, jak stwierdził, wlepić najwyższą dla złodzieja karę - 7,5 roku.

  Taki wyrok nie minął inną „gwiazdę” z białostockiego światka przestępczego -Jana Piłaszewicza. Był to młodzian niezwykle wszechstronny. Zaczął jako kilkunastolatek okradając podchmielonych restauracje hotelu Ritz. Też startował z ul. Suraskiej. W połowie lat 30. był nie tylko wprawnym doliniarzem, nożownikiem, ale i lipkarzem (włamanie do mieszkania przez okno). Grasował w mieście i w okolicy. Ciągnęły go zwłaszcza jarmarki i odpusty. 

  Po małżeństwie ze znaną awanturnicą Zofią Moroz zmienił adres. Teraz szukająca go policja odwiedzała dom przy ul. Piłsudskiego 45 (Lipowa). Mieściła się tam znana melina. W lutym 1938 r. Jan Moroz (Piłaszewicz dla zmyłki posługiwał się nazwiskiem żony) stanął przed Sadem Okręgowym. Przewodniczący sądu K. Gielniowski wyliczył mu 6 paragrafów z kodeksu karnego. Łączny wyrok - 7,5 roku więzienia.

  Równie wcześnie wystartował w złodziejskim fachu Mejer Krynicki. Mieszkał przy ul. Zielonej 23, później przemianowanej na Zamenhofa. Ponieważ nie zbywało mu na ambicji, postanowił pójść w ślady słynnego w całej II RP kasiarza, Stanisława Cichockiego, czyli Szpicbródki. Oczywiście nie podkopywał się pod duże banki, ale na prowincji pruł kasy aż miło. Zaliczył banki w Brześciu Litewskim i Wołpie. W latach 1933-43 wraz ze wspólnikiem Aronem Chazanem (Brukowa 22) penetrował kasy w białostockich kantorach i biurach. Okradł rzeźnię miejską, Księgarnię Nauczycielską i młyn elektryczny Jana Karnego przy ul. Mazowieckiej 69. Wpadł i doczekał się solidnej odsiadki.

  Wiele adresów przedwojennych opryszków białostockich można wydobyć z gazetowych wzmianek. Tylko w kartotece ówczesnej Ekspozytury Urzędu Śledczego przy ul. Warszawskiej 6 było ich pewno więcej. Do tego ze zdjęciami i odciskami palców. A na koniec jeszcze jeden adres - więzienie przy Szosie Baranowickiej. Znany powszechnie „szary dom” z celami dla tysiąca lokatorów.


Włodzimierz Jarmolik

Urząd Skarbowy w przedwojennym Białymstoku zżerała korupcja

    Nikt nie lubi płacić podatków. Tak było od zawsze. Białostocki handlarz skórami, 46-letni Aron Lejba Kamieniec z ul. Wilczej też za nimi nie przepadał. Żeby jak najmniej oddawać fiskusowi zaczął fałszować księgi rachunkowe. A to z kolei nie spodobało się II Urzędowi Skarbowemu w Białymstoku.

  W 1935 r. inspektorzy podatkowi zwrócili uwagę na niezbyt wiarygodne zeznania kupca Kamieńca. Przyjrzeli się uważniej jego dochodom. 

  W styczniu 1936 r., korzystając ze swoich uprawnień przeprowadzili w domu przy ul. Wilczej 13 skrupulatną rewizję. Zajęli liczną korespondencję, różne kwity i faktury oraz kilka notatników z handlową buchalterią. Te ostatnie były dla Kamieńca szczególnie kompromitujące. Wynikało z nich, że w 1935 r. zarobił ponad 500 tys. zł, natomiast deklaracje podatkowe za ten okres opiewały tylko na sumę 160 tysięcy. Szykowała się ewidentna sprawa karna. Zaniepokojony mocno handlarz skórami podjął kroki ratunkowe.

  Przede wszystkim trzeba było odzyskać z II Urzędu Skarbowego trefne notesy. W tym celu Kamieniec zawarł bliższą znajomość z Henrykiem Zebinem, właścicielem biura próśb i podań i Szmulem Chajkowskim, obrotnym handlowcem, którzy mieli mieć rozległe znajomości w sferach finansowych. Zainwestował kilkaset złotych. Wyraził się jasno: zarekwirowane banknoty trzeba podmienić albo w ostateczności wykraść. Ruszyła machina korupcyjna. 

   Obaj zaangażowani przez Kamieńca pośrednicy szybko znaleźli interesownych podwykonawców. Byli to Jan Sobotko i Leon Biernacki, pracownicy skarbówki. Ci przyjęli stosowną łapówkę i szukali dalej pomagierów w swojej firmie. 

  Chętnym okazał się Jan Grochowski. Za 50 zł skontaktował zainteresowanych z Zenonem Ginterem, mającym bezpośredni dostęp do groźnych dla Kamieńca papierów. Propozycja była bardzo konkretna – 600 zł za ich podmiankę. Ponad 3-miesięczna pensja urzędnicza. Płacił oczywiście Kamieniec. I w tym momencie wszystko się rypło. O sprawie zaczęto szeptać na korytarzach urzędu skarbowego. Ginter odmówił udziału w machlojce. Wkrótce do akcji wkroczyli agenci Wydziału Śledczego z ul. Warszawskiej.

  Na początku lipca Aron Kamieniec i wszyscy jego pomagierzy trafili do aresztu. Dochodzenie trwało kilka miesięcy. 27 października w gmachu Sądu Okręgowego przy ul. Mickiewicza odbyła się rozprawa, która wzbudziła duże emocje w całym mieście. W sali sądowej mogło zmieścić się niestety tylko 60 osób. Stawiły się rodziny, znajomi kupcy i zwyczajna w takich wypadkach gawiedź.

  Podczas przesłuchania wszyscy oskarżeni, poza Kamieńcem przyznali się do winy. Kupiec natomiast szedł w zaparte. Twierdził, że chciał jedynie pomóc urzędnikom skarbowym. Wycofane notesy, po przetłumaczeniu na język polski, zamierzał zwrócić. 

  Prokurator Frich był jednak innego zdania i domagał się wysokiego wyroku. Nie pomogły mowy obrończe mecenasa Gruszkiewicza i adwokata warszawskiego Goldsztejna. Aron Lejba Kamieniec zainkasował 2,5 roku więzienia. Zabin, Chajkowski, Sobotko, Biernacki i Grochowski dostali od roku do 2 lat. Pod koniec listopada kupiec Kamieniec został zwolniony z więzienia do czasu uprawomocnienia się wyroku. Kaucja wyniosła 10 tys. złotych.

  Nie tylko powyższa sprawa bulwersowała w tym czasie opinię publiczną w Białymstoku. Na początku grudnia zakończył się proces Josela Glikfelda, jednego z najbogatszych kupców w mieście, właściciela wielu nieruchomości. Był oskarżony o grube machinacje dewizowe i nielegalny wywóz dolarów za granicę. Sąd skazał go na 1,5 roku pobytu za kratkami i 50 tys. zł grzywny. Łagodny wyrok motywowano wiekiem Glikfelda złym stanem zdrowia i dotychczasową niekaralnością.


Włodzimierz Jarmolik

Hipodrom ,garaż, kładka i skrzynka sanitarna

 

     W lutym 1931 roku Białystok obiegła wieść, że kroi się szansa wybudowania w mieście toru wyścigów konnych. To wcale nie była jakaś ekstrawagancja, tym bardziej, że gonitwy wierzchowców należały do jednej z bardziej popularnych rozrywek. Ba, mogły być i często były dobrym źródłem dochodów. Białystok w tej konnej sprawie wyraźnie odstawał. Najbliższy tor wyścigowy znajdował się w Grajewie. I właśnie stamtąd od prezesa Towarzystwa Wyścigów Konnych, hrabiego Hilarego Bnińskiego wyszła propozycja założenia białostockiego toru. 

  Była godna zastanowienia, bowiem Ministerstwo Rolnictwa, które nadzorowało wyścigi poinformowało, że w najbliższym czasie zamierza zlikwidować tory właśnie w Grajewie, Baranowiczach i w Kielcach. Bniński prosił więc białostocki magistrat o „poparcie finansowe jak również lokomocyjno-administracyjne”. Propozycją swą zainteresował też urząd wojewódzki. 

  Niestety rzeczywistość była skrzecząca. Białystok tonął w biedzie i częściej myślano tu o zamykaniu niż o otwieraniu czegokolwiek. Ale gdyby już wtedy był budżet obywatelski, to kto wie czy nie mielibyśmy dziś na zakończenie sezonu „Wielkiej białostockiej”, przy której pardubicka bladłaby z wrażenia.

  Innym historycznym pomysłem obywatelskim mogłaby być kładka – most łącząca dworzec kolejowy z ulicą św. Rocha. Ten „most żelazny urządzony za czasów rosyjskich” był wiecznym utrapieniem. Rosjanie wycofując się z Białegostoku w sierpniu 1915 roku zniszczyli go częściowo. Niemcy odremontowali most, ale prowizorycznie „drzewem i to na ukos”. Ten „ukos” znaczył tyle, że schody prowadzące z mostu wcale nie znajdowały się na osi ulicy św. Rocha.

  W 1925 roku władze kolejowe postanowiły doprowadzić kładkę do porządku. Elementy drewniane zastąpiono stalowymi, a „przy tem most zostaje wyrównany i wychodzi wprost na ul. Św. Rocha i przyjmuje kształt pierwotnego wyglądu”. Dziś nie jest specjalną ozdobą Białegostoku. A szkoda, bo przecież to po nim dostaje się do miasta duża część przyjeżdżających do nas podróżnych. Tu budżet obywatelski, ale kolejarski zarazem bardzo by się przydał.

  W tym samym 1925 roku powstały w Białymstoku niezwykle nowocześnie urządzone „auto – garaże”. To tak a`propos budowy parkingów i to zarówno tych wielopoziomowych jak i tych prozaicznych, ale przecież niezbędnych, osiedlowych. Jeszcze przed 1925 rokiem zauważono żywiołowy rozwój komunikacji samochodowej w mieście. Więcej w tym żywiole było jednak fascynacji niż rzeczywistości. Niemniej zabrano się energicznie za zrobienie czegoś z pożytkiem dla automobilistów. I tak 1 listopada 1925 roku przy Jurowieckiej 31 otwarto garaże.

  Nie były to żadne blaszaki, tylko solidna żelbetonowa budowla. Pisano, że „odpowiadają wymaganiom nowoczesnej techniki. Są tam poszczególne boksy z centralnym ogrzewaniem i oświetleniem elektrycznym. Mycie samochodów odbywa się w specjalnie na ten cel urządzonej hali. Są też pomieszczenia noclegowe dla przyjezdnych szoferów”. Zapowiadano, że już wkrótce uruchomione zostaną „warsztaty reparacyjne z działem montażowym i mechanicznym oraz wulkanizacja pod kierownictwem sił fachowych”.

  Przygotowywano się też do otwarcia sklepu z samochodowymi częściami zamiennymi. Najważniejszym jednak dodatkiem do garaży była „specjalnie ustawiona stacja benzynowa Tow. Galicja”. Całym tym motoryzacyjnym kombinatem zarządzała spółka, na której czele stali inżynier Mieczysław Berman i Abram Szapiro. Z tej dwójki to Berman był doświadczonym fachowcem, właścicielem firmy Autokaros, która zajmowała się między innymi produkcją karoserii samochodowych. Dzięki niemu garaże miejskie, bo tak potocznie je określano, szybko zyskały znakomitą opinię.

  Wymyślając propozycje do budżetu obywatelskiego należy jednak mocno zastanowić się, czy pomysł zostanie właściwie zrozumiany. Z tym pojawił się zabawny kłopot w 1921 roku. Oto przy magistracie, na rogu Warszawskiej i Pałacowej ustawiona została „skrzynka sanitarna”. Niestety sam nie wiem, bo nie udało mi się tej nazwy rozszyfrować, do czego ona konkretnie służyła. Być może chodziło tu o jakąś formę dobroczynności. Ale moja niewiedza jest całkowicie usprawiedliwiona, bo białostoczanie w 1921 roku też nie mieli pojęcia do czego tajemnicza skrzynka służy. Ale skoro już była, to uznali, że może służyć jako skrzynka pocztowa i nagminnie, pomimo magistrackich wyjaśnień, wrzucali do niej korespondencję.


Andrzej Lechowski

W 1936 r. Białystok liczył 100 tys. mieszkańców

 

   Na początku kilka ciekawych cyfr udostępnionych przez ówczesne biuro statystyczne Zarządu Miasta. Na koniec 1936 r. obszar Białegostoku wynosił 4500 hektarów. W 56 proc. był zabudowany. Przebiegało przezeń blisko 420 szos, ulic i uliczek. Łączna ich długość wynosiła 158 km. Pokrytych brukiem było mniej niż połowa. Miasto miało dużo zieleni. Jedno drzewo przypadało na 11 mieszkańców. A ilu wówczas liczył Białystok? W tym właśnie roku znalazł się w gronie 15 miast ponad 100-tysięcznych. 31 grudnia miał dokładnie 101 820 mieszkańców. Katolicy stanowili 49 proc., Żydzi - 39 proc., prawosławni - 9, zaś ewangelików było proc. 2.

  A teraz jeszcze raz wróćmy do tego, co działo się onegdaj w Białymstoku. 1 stycznia ruszyło dzienne pogotowie PCK, tak niezbędne miastu. W tym czasie czekało na pasażerów ponad 250 dorożek. Pod koniec stycznia bokserzy białostockiej Jagiellonii sprawili bezlitosne lanie pięściarzom ze stolicy. Nie obyło się bez groźnych pożarów. 9 lutego spłonął wielki skład towarowy przy ul. Zamenhofa. Zimowo-wiosenna sytuacja robotników wyglądała ciężko. Rzesze bezrobotnych i ciągłe strajki. Szczególnie twardo protestowali tkacze i garbarze. W następnych miesiącach głośno było o strajkujących robotnikach sezonowych i leśnych.

  Dużo pracy miał Sąd Okręgowy. Na ławie oskarżonych zasiadali groźni złodzieje, aferzyści i przemytnicy. Często pojawiali się komuniści. Nawet po kilkudziesięciu naraz. Dostawali wysokie wyroki. Problemem, który bulwersował społeczność białostocką były nowe zasady uboju rytualnego. Protestowali Żydzi. A wiosną rozpoczęła się od dawna zapowiadana regulacja rzeki Białej. Trwała do późnej jesieni. Z kolei na scenie Palace na stałe zagościł Teatr Objazdowy z Grodna z klasycznym repertuarem.

  Maj przyniósł tradycyjne święta rocznicowe. 1 i 3 odbyły się pochody robotnicze i defilada państwowa. Zostały one jednak przyćmione 12 maja, kiedy to białostoczanie obchodzili pierwszą rocznicę śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego.

  Latem w Białymstoku też się działo. Ruszyło nowopowstałe kąpielisko w Dojlidach, gościły kolejni 3 cyrki - Arena, Korona i Braci Staniewskich. Zaś 24 czerwca odbył się tradycyjny jarmark na św. Jana.

  Były też sprawy bardziej poważne. Dyskutowano o likwidacji kolonii dla gruźlików w Zwierzyńcu, powstał komitet do walki z żebractwem i włóczęgostwem. W lipcu białostoczanie, jak cały kraj, wystąpili w obronie polskiego Gdańska, zagrożonego przez hitlerowców.

  Sierpień to były z kolei święta żołnierskie - rocznica wymarszu I kadrowej (6 VIII) i cudu nad Wisłą (15 VIII), czyli Święto Żołnierza Polskiego. A zaraz potem odbył się odpust na św. Rocha, na który przybyło ponad 20 tys. pątników z całej Białostocczyzny.

  Jesień także miała swoje znaczące daty. Najpierw pożegnano wojewodę białostockiego Stefana Pasławskiego, oddana została do użytku nowa, wspaniała szkoła powszechna z patronem Józefem Piłsudskim, a pod koniec września na przedmiejskich Pieczurkach odbyły się huczne dożynki.

  No i nastała zima. A z nią drożyzna, wzrost bezrobocia i walka ze szczurami. Białostoczanie, jak co roku pojawili się w dniu Wszystkich Świętych na grobach bliskich, a 11 listopada uroczyście obchodzili Święto Niepodległości. Opowieść o Białymstoku w 1936 roku uważam za zakończoną.


Włodzimierz Jarmolik

Białostocka gangsterka

   Na początku lat 30. Marek Romański wydał w ramach Biblioteczki Historyczno-Geograficznej Roj książeczkę pt. "Chicago - miasto zbrodni". Była w niej mowa przede wszystkim o wyczynach Ala Capone i jego gangu. Może niektórzy z białostockich, piśmiennych zawadiaków ją przeczytali i przykład płynący z dalekiej Ameryki wzięli sobie mocno do serca.

  W 1930 r. powstała szajka bandziorów, którą później miejscowa prasa ochrzciła nawet mianem Czarnej Ręki. Dowodzili nią dwaj bracia - Lejba i Josel Kaganowie. Wiek członków - od 15 do 27 lat. Działali najpierw skromnie, terroryzując drobnych sklepikarzy, później jednak przerzucili się na wymuszanie opłat od właścicieli podrzędnych restauracji i sal bilardowych. Właśnie na bilardzie się potknęli.

  Jeden z ich konkurentów Szloma Fin, grywał zwykle w sali bilardowej "Polanie", mieszczącej się przy Rynku Kościuszki. Tam też pewnego lutowego wieczoru 1932 r. udał się Lejba Kagan z asystą, aby się z nim rozprawić. Dotarli do stołu, przy którym trącał bile Fin, i najpierw zażądali pieniędzy, a kiedy spotkali się z odmową zaczęli go okładać pięściami i kijem bilardowym. W ruch poszły także sprężynowce. Zaalarmowana policja szybko ujęła kilku bandytów. Po żmudnym dochodzeniu odbył się jesienią 1932 r. proces kilkunastu członków szajki braci Kaganów. Oni oczywiście dostali najwyższe wyroki, po trzy lata więzienia.

  Z kolei wspomniany powyżej Szloma Fin miał swoją grupkę silnorękich młodzieńców. Specjalizowali się oni w odbieraniu prawdziwych bądź wymyślonych długów. Oto jeden z przykładów ich działalności. Wszystko zaczęło się całkiem zwyczajnie. Pomiędzy właścicielem domu Szwarców, a jego lokatorem, niejakim Notowiczem wynikł spór na tle płatności komornego. Żadna ze stron nie chciała ustąpić. Sprawa trafiła do sądu. 

  Notowicz jednak nie pozostawił swoich interesów tylko ślepej Temidzie, za czyjąś radą zwrócił się o pomoc do Szlomy Fina. Ten oczywiście nie odmówił. Jego ludzie zaszantażowali gospodarza Szwarca i jego świadków pobiciem, jeśli coś złego powiedzą o ich kliencie. Do akcji wkroczyła policja. Szloma Fin i jego kompania trafiła do aresztu. Jesienią 1935 r. sędziowie z Sądu Okręgowego nie mieli dużo wątpliwości. Po krótkiej rozprawie zapadły wyroki - od 1 do 3 miesięcy pobytu za kratkami.

  W 1935 r. miała finał jeszcze jedna głośna na bruku białostockim sprawa szajki wymuszaczy. Założyli ją w 1932 r. ambitni chojracy z ul. Wąskiej. Szefem został Konstanty Kasperowicz, zaś jego adiutantami byli Władysław Rudomin i Piotr Piotrowicz. Opryszki ci wyspecjalizowali się w terroryzowaniu i szantażowaniu białostockich szoferów mających swój postój na Rynku Kościuszki, obok apteki Hałłaja. Szajka Kostka pobierała od każdego taksówkarza codzienny haracz w wysokości 2 złotych. W tym czasie, na tym popularnym postoju, zatrzymywało się zwykle 27 taksówek. Zarobek bandy był więc całkiem pokaźny. Opryszki kontrowali wręcz bezczelnie każdy wyjazd szofera, zwłaszcza nocny i zamiejscowy.

  Ponieważ taksówki nie miały wówczas jeszcze taksometrów, pasażerowie uzgadniali więc opłatę ju na postoju. Obecny był przy tym obowiązkowo członek szajki Kasperowicza, wiedział ile ma dostać szofer za swoją jazdę i musiał zaraz po prostu zabulić dolę młodym bandziorom.

  W szajce żerujących na białostockich taksówkarzy wyróżniali się zwłaszcza dwaj bracia Piotrowicze. Piotr, czyli po ksywce Murzyn i jego bliźniak Sergiusz, zwany Armiaszką. Ich kontakt z prawem ma miejsce w końcu lat 20, kiedy to zaczęli parać się drobnymi włamaniami. Głośna w lokalnej prasie była też awantura, którą wywołali bracia na początku 1933 r. Na ul. Warszawskiej zaatakowali oni i pobili szofera karetki Pogotowia Ratunkowego, a kiedy przechodzący w pobliżu przodownik policji zażądał od nich dokumentów osobistych, dostało się i jemu - słowami i pięścią. Sąd Okręgowy skazał krewkich braciszków na osiem miesięcy więzienia.


Włodzimierz Jarmolik

Reket, czyli wymuszanie po białostocku

    W Ameryce czasów Al Capone popularnym działaniem gangsterów był tzw. reket, czyli wymuszanie. W międzywojennym Białymstoku taka praktyka też miała swoich amatorów. Zarówno dorosłych, jak i małolatów.

  Na wymuszania narażeni byli przede wszystkim drobni kupcy i przedsiębiorcy. Odbywało się to w sposób nadzwyczaj prosty. Do sklepiku, w którym poza ekspedientem nie było kupujących, wchodził zdecydowanym krokiem młodzieniec i żądał kilku paczek papierosów lub też ofiarowania złotówki, jako pożyczki. Właściciel interesu dobrze wiedział w czym rzecz. Znał przecież tego chojraka i sławę, jaką cieszył się on na ulicy. Płacił.

  W ten sposób za złotówkę miał przez jakiś czas względny spokój. Opryszek szanował posłusznego sklepikarza. Nie nadużywał jego gościnności. Pilnował też, aby nie wykorzystywali go inni amatorzy białostockiego reketu. Jeśli jednak pojawiła się jakaś konkurencja, o wszystkim decydowała zwykle bójka na noże. Zwycięzca przejmował kontrolę nad pożądanym obiektem.

  W przypadku kiedy kupiec okazywał się oporny i nie chciał płacić natrętnemu opiekunowi, ten organizował natychmiast gromadkę swoich kumpli, wkraczał do sklepu i wywoływał awanturę. Kończyła się ona zwykle dużą demolką lady, półek, a zwłaszcza okien. Jeżeli uparty sklepikarz nadal się nie poddawał i np. wzywał policję, to nie mógł zrobić gorzej. I tak wcześniej czy później musiał zrezygnować ze skargi. Inaczej nie miałby spokoju na swojej ulicy.

  Biorąc przykład ze starszych oprychów, do wymuszania brali się też kilkunastoletnie szczawiki. Przykładem niech będzie szajka pod wodzą 14-letniego Szyi Szustera, która w 1937 roku była postrachem właścicieli kiosków ze słodyczami, budek z wodą sodową i sklepików papierosowych. Szyja miał dwóch, 13-letnich pomagierów – Kostka Bancerowicza i Wacka Jirgielewicza. Wszyscy oni mieszkali na ul. Wesołej i w tamtych okolicach podjęli swoją mini gangsterską działalność.

   Choć żydowscy sklepikarze z Wesołej, Mazowieckiej czy Suraskiej nie traktowali początkowo żądań niepozornego chłopaka zbyt poważnie, zamiast papierosów, cukierków czy sodówki, brali za kołnierz i wyrzucali na ulicę, to jednak szybko przekonali się o swojej lekkomyślności.

   Szyja bowiem wyrzucony ze sklepu w dzień, odwiedzał go ponownie, tyle że w nocy. Brał ze sobą oczywiście swoich pomagierów. Dostanie się do licho raczej zabezpieczonego kiosku lub sklepiku nie sprawiało żadnej trudności. Kłódkę można było ukręcić przy pomocy metalowego prętu.

   Kiedy pewnego razu Szyja wyrzucony przez Owsieja Wechtera z jego budki z wodą sodową przy ul. Mazowieckiej, zamiast jednej złotówki, o którą został grzecznie poproszony, stracił towar za blisko 100 zł.

Inny kupiec, niejaki Dryngiel, który przy ul. Suraskiej trzymał interes papierosowy, pożegnał się z tytoniem na blisko 80 zł, a przecież wystarczyło złożyć na ręce Szyi symboliczny haracz.

   Policja, która skrupulatnie odnotowywała owe drobne włamania do sklepików, wkrótce trafiła na trop młodocianych reketerów. Nie było to zresztą takie skomplikowane. Zaczęło się od doniesienia w IV komisariacie, złożonego przez kupca z Suraskiej, Zygmunta Rzepki. Dotyczyło ono odwiedzin natrętnego smarkacza, który kategorycznie domagał się złotówki „na pomoc dla bezrobotnych”. Posterunkowi z czwórki postanowili urządzić zasadzkę.

  W nocy z 20 na 21 sierpnia przy sklepiku spożywczym pana Rzepki zatrzymana została cała trójka z młodym Szusterem na czele. Chłopcy byli dobrze przygotowani do nocnej roboty. Mieli przy sobie dwa haki, łom i specjalny nóż do kitowania okien. Oczywiście wszyscy trafili do miejskiego aresztu. Policja odkryła też główną kryjówkę małoletnich złodziejaszków w jednym z domków na letnisku w Zwierzyńcu.

   Białostocki Sąd Okręgowy okazał się w miarę łagodny, za kilkanaście włamań skazał Szyję, Kostka i Wacka na dom poprawczy z zawieszeniem. Dopilnować dobrego sprawowania się pociech mieli rodzice.


Włodzimierz Jarmolik

Kasa pancerna z gwarancją

    W dzień wigilii Bożego Narodzenia 1925 r. białostocki notariusz Stefan Bednarski zamknął wcześniej swoją kancelarię na Sienkiewicza 5. Około godziny 14 zlecił jednemu z aplikantów spakowanie do walizy dokumentów, weksli i innych ważnych papierów i odniesienie ich do depozytu bankowego. Sam zaś, już w świątecznym nastroju, udał się do domu na Kraszewskiego 21. Po wyjściu szefa aplikant zamknął kancelarię, miał jeszcze tylko krótką wizytę w banku i święta!

  Jednak nie dla wszystkich. Kancelarię notarialną od kilku godzin obserwowali warszawscy kasiarze. Gdy białostoczanie zasiadali do wigili, a na ulicach zrobiło się pusto, to przystąpili do pracy. Weszli do budynku od strony podwórza, od Żydowskiej (Białówny). Najpierw znaleźli się w lokalu hipoteki, a z niego „wtargnęli do biura p. rejenta”. Tu bez namysłu zajęli się pancerną kasą. Nie bawili się w żadne finezyjne metody. Nie interesował ich zamek, tym bardziej szyfr. Za pomocą tak zwanego raka rozpruli bok kasy i łupem ich padły 2 tysiące złotych oraz obce waluty warte drugie tyle.

  Włamanie odkryto dopiero po świętach. Policja była pewna, że ma „do czynienia z występem kasiarzy warszawskich, jedynych w swoim rodzaju specjalistów w tej branży złodziejskiej”. Warszawiaków posądzono też i o inną głośną kradzież, która wydarzyła się 26 lutego 1927 r.

   Było sobotnie popołudnie. Pracownicy kantoru fabryki sukna Trylling i Syn uporządkowali papiery, zamknęli biuro i w głowach mieli już tylko czekające ich karnawałowe szaleństwa. Wokół reprezentacyjnej, stojącej na rogu Lipowej i Nowego Świata, kamienicy Oswalda Tryllinga (mieścił się w niej ów kantor) zapadł zmrok.

  Pod jego zasłoną na podwórzu pojawiło się kilku mężczyzn. W milczeniu, sprawnie i szybko dostali się do piwnicy i zaczęli swoją pracę. Przebili się przez strop i już byli w kantorze. Tu „przy pomocy świdrów i raka rozpruli kasę”. Ich łupem padło 10 tysięcy złotych, 70 rubli w złocie, 500 franków francuskich oraz akcje bankowe warte grubo ponad tysiąc złotych. Włamanie wykryto dopiero w poniedziałek. Policja i tym razem zawyrokowała, że „sprawcy należą do typu specjalistów kasiarzy i przybyli prawdopodobnie z Warszawy na gościnne występy”.

  W przekonaniu tym utwierdziło stróżów porządku to, że po tygodniu, w stołecznym Banku Gospodarstwa Krajowego, zatrzymano dwóch mężczyzn usiłujących sprzedać tryllingowe akcje. Nie zdołano im jednak udowodnić, że są sprawcami włamania. Zatrzymani twierdzili, że papiery kupili na giełdzie i nigdy nie byli w Białymstoku.

  Dobra kasa pancerna nie zawsze była gwarancją spokojnego snu. W Białymstoku od końca XIX wieku działała niewielka, ale słynąca z jakości swych wyrobów fabryka kas. Znajdowała się na zapleczu Lipowej i Grochowej. Była tam niegdyś uliczka Berdyczowska.

  Od niej jeszcze odchodził zaułek zwany Berdyczowskim, choć i nazywano go też Lipowym. Tam to więc Bierko Kasz prowadził odlewnię żeliwa, w której masowo produkowano drzwiczki do pieców. Na wszystkich widniał markowy napis „Biełastok. Bierko Kasz”. Obok odlewni funkcjonował warsztat ślusarski. W nim produkowano metalowe drzwi do magazynów no i kasy. Kasz miał zawsze na składzie po jednym egzemplarzu, tak aby klient mógł wybrać potrzebny mu model. Można było jednak zamówić jakąś specjalną odmianę.

   W 1890 r. na Lipowej, naprzeciw cerkwi, w kamienicy Jakuba Epsztejna, został otwarty sklep Josela Hermana. Tu po niskich cenach oferowano „niepalne kasy” znanych warszawskich firm. Tak więc w większości białostockich kantorów, banków, w bogatych domach miejscowych bourgeois stały kasy bądź od Kasza lub od Hermana. Kres działalności fabryki Kasza przyniosła I wojna światowa. Herman natomiast zajął się po wojnie wyłącznie sprzedażą mebli.

  W 1919 r. popyt na nowe kasy zdecydowanie wzrósł. W mieście powstawały urzędy i instytucje. Pewną popularnością cieszyły się w Białymstoku, znane jeszcze przed wojną, wyroby warszawskiej fabryki kas S. Baumgarta. Firma ta założona w 1863 roku, specjalizowała się w produkcji niewielkich, a zatem i stosunkowo niedrogich kas.

  Jedna z nich została kupiona do otwartego w 1919 r. Gimnazjum Hebrajskiego. Mieściło się ono na Sienkiewicza 79 (obecnie w budynku tym jest szpital miejski). Kasa przetrwała całą naszą historyczną zawieruchę. Dziś możemy oglądać ją  w Muzeum Historycznym.


Andrzej Lechowski

Karkołomna droga po młynarzowe zaskórniaki

   Na ulicy Mazowieckiej, a i daleko poza nią, krążyły uporczywie rozmaite słuchy o wielkich oszczędnościach , jakie poczynił niejaki Jan Karny, właściciel młyna elektrycznego. W pierwszej połowie lat 30. w całym kraju, także więc i w Białymstoku panował potężny kryzys gospodarczy i ogólna bieda, a ten jegomość skutecznie ciułał pieniądze. Ponieważ nie dowierzał bankom, miał przechowywać je w swoim młynie, stojącym na posesji nr 68 przy wspomnianej wyżej ulicy.  Fama o bogaczu Karnym dotarła rzecz jasna także na pobliskie Chanajki. 

  Zainteresował się zwłaszcza Chaim Chazan, doświadczony włamywacz z ul. Brukowej. Przeprowadził dokładny wywiad  środowiskowy, uznał że sprawa jest warta zachodu i zaplanował skok na kasę. Ponieważ nie do końca wiadomo było w jak zabezpieczonej skrytce młynarz przechowuje swoje zaskórniaki, przedsiębiorczy Chazan zaprosił do złodziejskiej spółki nie byle kogo, a samego Mejera Krynickiego, zwanego przez koleżków z ferajny Krynicą – kasiarza z poważnym przestępczym dorobkiem. 

  Występ chanajkowskich włamywaczy miał miejsce w nocy z 3 na 4 listopada 1934 r. Ażeby dobrać się do wnętrza 

młyna wybrali oni niezwykle karkołomną drogę. Ponieważ sforsowanie zablaszowanych drzwi i solidnie okratowanych okien mogło  sprawić dużo kłopotów i hałasu, a i podkop metodą a’la Szpicbródka (Stanisław Cichocki, znany przedwojenny kasiarz warszawski, dobierający się do sejfów bankowych przez drążone tunele) także nie wchodził w grę, złodzieje postanowili wejść do środka od góry, przez dach.  

  Przeszkodę, którą należało koniecznie usunąć stanowił hałaśliwy pies pilnujący sąsiedniej posesji, będącej własnością Icka Lina. Jego przeciągające się ujadanie mogło wzbudzić podejrzenia u rozbudzonych mieszkańców okolicznych domów.  Pierwszym celem napowietrznej drogi złodziei był dach jednopiętrowej szopy, przylegającej do młyna. 

  Do jego usunięcia posłużyła przytargana ze sobą drabina. Będąc już na wierzchu szopy nocni goście usunęli po cichu kilka dachówek, na ich miejsce położyli szeroką deskę, a na nią postawili drugą drabinę. Przygotowali drogę do dalszej wspinaczki. Po dotarciu na wierzch młyna natrafili na kolejną przeszkodę. Okazała się nią krata zabezpieczająca dachowe okienko. W ruch poszły podstawowe akcesoria włamywacza – śrubsztak i mesel. I ta niedogodność została szybko pokonana. Złodzieje znaleźli się w środku. 

  Teraz rozpoczęło się poszukiwanie schowka, w którym skrzętny młynarz ukrywał swoje pieniądze. Ponieważ nie znaleziono żadnej kasy pancernej, bor i rak, narzędzia Mejera Krynickiego pozostały bezczynne. 

  Przeszukano skrupulatnie różne zakamarki. Jedna drewniana szafa stojąca na parterze była szczególnie solidnie zamknięta. Jej więc złodzieje poświęcili swoją uwagę. W ruch poszły wytrychy i uniwersalny szaber (łom). Trafienie okazało się celne. 

  W szafie leżał lniany woreczek ze zwitkami banknotów, garścią ciężkich monet i jakimiś dokumentami. Łup trafił w ręce złodziei. Rozpoczęła się droga powrotna. Najpierw na strych młyna, później na dach i przystawionymi drabinami prosto na ziemię. Wszystko odbyło się sprytnie i po cichu.  

  Kradzież w młynie Jana Karnego odkryli rankiem sąsiedzi. Dostrzegli przystawione do budynku drabiny, których złodzieje nie zamierzali zabrać ze sobą. Zaalarmowali właściciela, a ten policję. 

  Karny swoją stratę ocenił na 20 tys. złotych. Duża forsa. Do akcji przystąpili agenci Wydziału Śledczego z ul. Warszawskiej. Po miesiącu było jasne, że „akrobaci” z ul. Mazowieckiej to Krynicki i Chazan. Obaj ukrywali się. W końcu jednak trafili tam gdzie trzeba – za kratki!


Włodzimierz Jarmoli 

Białostocka " konka"

 

   Pan Michał na przykład doskonale pamięta białostocka " konkę " ,czyli konny tramwaj kursujący po białostockich ulicach przed pierwszą wojna światową . Toteż przy okazji rozważań o możliwościach uruchomienia w Białymstoku komunikacji tramwajowej - sądzę -że kożystając własnie z relacji jednego z najstarszych białostockich inzynierów uzupełnionej przekazami z zachowanych dokumentów - warto przypomniec dzieje legendarnej  "konki".

   Otóż projekt " konno żelazno dorogi"  w Białymstoku powstał w roku 1893 .Przedstawił go ówczesnej Radzie Miejskiej " mieszczanin" Feldzer . Z tym też przedsiebiorcą władze miejskie zawarły umowę na budowę czterech linii drogi żelaznej. Umowa zobowiązywała wykonawcę do poniesienia pełnych kosztów budowy z wyposażenia oraz ewentualnego ryzyka gdyby całe przedsiewnięcie nie  przyniosło spodziewanych zysków . Po czterdziestu latach eksploatacji linie tramwajowe w wagonami ,końmy i zajezdnią miały stac sie własnościa miasta. Budowa całej sieci trwała 2 lata ,a uruchomienie jej nastapiło w roku 1895.

   Pierwsza linia zwana "Dworcową" -prowadziła od dworca warszawsko -petersburskiej kolei obecną ulica Kolejową ( Nowoszosową) przez stary ( nieistniejacy juz) most nad torami i ulica Dabrowskiego do ulicy Lipowej. 

   Druga linia - " Dworcowo Prudzka" zaczynała sie też przy dworcu, lecz z drugiej strony orów i przebiegała ulicą Staroszosową ( Obecnie św. Rocha) , Lipową przez Rynek Kościuszki ( wtedy były to ulice Tykocka i bazarowa) , dalej Kilinskiego ( dawniej Niemiecka) Instytucka (czyli Pałacową) , Warszawską ( Aleksandrowską) ,Swiętojanską (Prudzką) do domu  barona von Druzena w pobkiżu Zwierzyńca.

   Trzecia linia -  biegła ulica Sienkiewicza ( Nikołajewską ) do kolei Poleskiej, czyli okolice dzisiejszego dworca Białystok Fabryczny.

   Czwarta linia - zwana " Zwierzyniecką" brała poczatek od domu barona von Druzena i jechało sie nią przez zwierzyniecki las az do terenów rekreacyjnych do tzw. " bufetów" . Zakezdnia znajdowała się przy ulicy Prudzkiej ( Świetojańskiej) na terenie , gdzie dziś stoja budynki szpitala im. Śniadeckiego .

   Jak wspomina mój szanowny rozmówca z jadacego tramwaju mozna było wyskoczyć po jakis sprawunek do położonego przy linii sklepiku , następnie tramwaj dogonić i dalej nim jechać. Ów  pojazd mógł bowiem rozwijać nie wiekszą szybkośc niż 12 wiorst , czyli okoła 13  km na godzinę.

   Kursowały dwa typy wagonów, jednokonne i dwukonne, które w zależności od pogody i pory roku były kryte dachem lub odkryte.. Zdarzało się ze na krętych odcinkach drogi i prowadzących pod górkę trzeba było przyprzęgać dodatkowe konie.

   Linie tramwajowe obowiazywał regulamin zatwierdzony przez Radę Miejską. Dotyczył on oprócz opłat i spraw porządkowych również fasonów ubiorów stangretów i konduktorów oraz czasu kursowania : w dzien powszedni od godz. 7 do 23 , w świeta od 8 do 22 . Opłaty za przejazd wynowsiły 5 kopiejek w klasie I i 3 kopiejki  w klasie II zas ucząca sie młodzież płaciła 3 kopiejki niezaleznie od klasy. Bezpłatnie mogli podróżować tylko policjanci i dzieci do lat sześciu . 

  Linie tramwajowe Feldzera nigdy jednak nie przeszły na własnośc miasta, co miało nastapić zgodnie z umowa w roku 1933. Podczas I wojny światowej większość urządzen została zniszczona, a nieco później z ulicy Lipowej usunięto szyny , nawierzchnię zaś pokryto kostką. Długo jeszcze bodajże do lat 60 - tkwiły fragmenty szyn tramwajowych w nawierzchni ulic Warszawskiej i Kilinskiego ,ale i te z czasem też pokrył asfalt i kostka. 

   Wprawdzie w roku 1922 próbowano odtworzyć w miescie tramwajowa komunikację oczywiście juz elektryczna. Powstało  Towarzystwo Tramwajów w Białymstoku kontrolowane przez przedsiembiorców belgijskich ,opracowano szczegółowe projekty przebiegu tras, a nawet regulaminy dla pasażerów. Ustalono też termin wygaśnięcia kontraktu na 31 grudnia 1960 roku. kiedy całe przedsiębiorstwo tramwajowe z instalacjami miało przejśc na własnośc miasta. Ale inwestycja ta w latach miedzywojennych jednak nie doszła do skutku i Białystok z nieznanych dotąd powodów tramwaju elektrycznego nie doczekał sie.

   Po wojnie znów próbowano wrócić do dawnych projektów rozwiazania komunikacji miejskiej przy pomocy tramwajów. Zwycieżył pogląd ,że tak nowoczesnemu miastu jakim miał byc Białystok tradycyjne tramwaje pasowac nie będa. Komunikacja samochodowa ewentualnie trolejbusowa miała wystarczać. A jak z tą komunikacją jest dziś i jak ma być powinno - najwięcej  mogą powiedzieć mieszkańcy 300 - tysięcznego miasta 


Henryk Wilk

Błyskotliwa kariera i upadek Abrama Kukawki

    W drugiej połowie lat 30. stara gwardia z chanajkowskiej ferajny , pamiętająca jeszcze Białystok czasów cara Mikołaja II, mocno się wyszczerbiła. Jedni szubrawcy trafili na cmentarz, inni, po licznych odsiadkach i utracie zdrowia w więzieniu przeszli na zasłużoną emeryturę, a byli i tacy, co przed wymiarem sprawiedliwości, albo dintojrą ze strony swoich kompanów, schronili się za granicą.

  Ich umiejętności próbowali zając młodzi złodzieje z dużymi ambicjami. Niektórym nawet to się powiodło. Od  1936 r. w kronikach kryminalnych białostockich gazet głośno było zwłaszcza o Abramie Kukawce z ulicy Brukowej. Skończył właśnie 16 lat, a miał już na swoim koncie ze dwie dziesiątki oczyszczonych strychów i trzy krótkie wyroki.

  Kukawka wybrał bowiem karierę pajęczarza.  Spec od strychowych kradzieży miał stałą ekipę pomagierów. Byli to Jankiel Winnik, ociężały umysłowo, ale za to silny w rękach złodziejaszek z ul. Sienkiewicza i małolat Rubin Siedlecki.

  Trójka ta grasowała po mieście długo i bezkarnie. Niepozorny Rubin przeprowadzał rozpoznanie terenu, wyszukując domy, w których szykowało się wielkie pranie. W czasie roboty do jego zadań należało pilnowanie schodów wiodących na strych. Głupawy Winnik potrafił jednym ruchem łomu ukręcić każdą kłódkę, a potem dźwigał ciężkie tobołki z bielizną i pościelą.   Szef Kukawka wnosił do spółki fachową wiedzę i doświadczenie w posługiwaniu się szpyrekami, czyli wytrychami. Z szajką współpracowała paserka Bejla Kleinsztein, która kupowała, co prawda za grosze, każdy szmaciany fant.  Nawet najdłuższy fart musi się jednak złodziejowi skończyć. Przekonał się o tym Kukawka, i to dwukrotnie. Najpierw, w pewną majową noc, maszerując ul. Dąbrowskiego, wpadł razem z małym Rubinem w ręce starszego posterunkowego Grzegorzewskiego. Policjant zainteresował się wypchanym workiem, który dźwigali.

  Za jego zawartość pochodzącą ze strychu przy ul. Legionowej, Sąd Grodzki skazał Kukawkę na sześć miesięcy więzienia, a jego pomocnika na dom poprawczy w zawieszeniu.  Przed pójściem do paki Kukawce jeszcze raz powineła się noga. Postanowił wyprawić swoim kompanom ucztę pożegnalną, wszelako nie mając gotówki sprzedał stadko kur, niestety cudzych. Sędzia nie docenił gestu złodzieja i dołożył mu następne osiem  miesięcy. Winnik, który także maczał palce w kradzieży, dzięki opinii psychiatry sądowego wywinął się od kary. Wiosną 1938 r. Abram Kukawka znowu pojawił się na białostockim bruku. Zbliżała się chrześcijańska Wielkanoc  i żydowskie święto Pesach. W wielu mieszkaniach trwało pranie, strychy pęczniały od suszących się na sznurach prześcieradeł i pokrowców.

  Na to  pajęczarze czekali cały rok. Triumfalny pochód Kukawki wraz z Winnikiem rozpoczął się od strychu przy ul. Zalewnej , potem złodzieje obeszli kolejno: Młynową, Sosnową i Polną. Nocne wizyty składali po kilka razy. Początkowo sprawców kradzieży nie udawało się wykryć. Doświadczony Kukawka starannie zacierał  ślady. W końcu agenci z Wydziału Śledczego skojarzyli spustoszenie na białostockich poddaszach z wypuszczonym na wolność pajęczarzem z Brukowej. Pod obserwację wzięli ulicę i sąsiednie zaułki. Do akcji ruszyli konfidenci.

  Szybko okazało się, że Kukawka bywał ostatnio nader często u Bejli Kleinsztein, paserki z ul. Cichej. Przeprowadzona rewizja przyniosła rezultaty. Pod łóżkiem Kleinszteinowej  policjanci znaleźli bieliznę ze strychu przy ul. Polnej. Madame Bejla nie zamierzała kryć swoich zaopatrzeniowców. Kukawka i Winnik znaleźli się w areszcie, a wzięci w krzyżowy ogień pytań przyznali się do wszystkiego. W kwietniu 1938 r. zapadł wyrok.

  Abram Kukawka jako szef pajęczarzy dostał 2 lata więzienia. Jego pomagier Winnik miał spędzić za kratkami 3 miesiące. Tym razem opinia psychiatry nie pomogła.


Włodzimierz Jarmolik

Białostoczanie zdemolowali kino

   W styczniu 1927 r. doszło do konfliktu medialnego. Sprawcą całego i co istotne niejednego trzęsienia ziemi był redaktor Izrael Sztejnsapir. W założonym w 1926 r. dzienniku „Jidysze Kurier” bezpardonowo walczył z mentorem białostockiego dziennikarstwa, Pejsachem Kapłanem i z jego gazetą „Dos Naje Łebn”.

  Sposobność do stoczenia decydującej batalii nadarzyła się 3 stycznia 1927 r. Na ten zimowy poniedziałek, zapowiedziana została premiera „najlepszego, najdroższego, największego” filmu „Ben Hur” w kinie Apollo przy Sienkiewicza 22. Jego dyrektorem był Beniamin Wajnsztat, krewny Kapłana.

  Sztejnsapir szybko skalkulował. Jeden atak, dwie ofiary, i przypuścił szturm. Na łamach „Jidysze Kuriera” podniósł larum, że Wajnsztat w Apollo wyświetla „misjonarski film”, który został wyklęty przez lwowski rabinat. Ekranizacja powieści Lewisa Wallace`a w opinii rabinów, przytaczanej przez Sztejnsapira, obrażała godność Żydów. Raniła ich uczucia religijne.

  Wobec tego Wajnsztat, w „Dos Naje Łebn”, odpowiedział, że rozpowszechniany przez niego film z wielkim powodzeniem grany jest od 8 miesięcy w Nowym Jorku. Od 6 miesięcy berlińska publiczność wali do kin jak w dym, a londyńczycy oglądają ekranizację od 4 miesięcy i jakoś nikt o protestach rabinów nie słyszał.

  Dalej swoje trzy grosze dorzucił Pejsach Kapłan, kpiąc z zaściankowej moralności i braku wyrobienia kulturalnego red. Jidysze Kuriera. Tymczasem premiera „Ben Hura” w Białymstoku (trzy seanse!) stała się niebywałym sukcesem. Następnego dnia znów był komplet widzów. Sztejnsapir kipiał ze złości, ale i nie próżnował.

  Minęło kilka dni i w warszawskim „Kurierze Czerwonym” ukazał się artykuł zatytułowany „Zdemolowanie kina w Białymstoku”. Czy to z inspiracji Sztejnsapira, czy z własnej fantazji warszawski dziennikarz pisał, że białostocki rabinat potępił „Ben Hura”. I zwrócił się do Wajnsztata z kategorycznym apelem o natychmiastowe zdjęcie filmu z afisza. A dalej warszawski żurnalista to już pędził na grzbiecie dziennikarskiej kaczki. Opisywał, jak to tłum białostoczan zdemolował kino i obił Wajnsztata na kwaśne jabłko. Temat z miejsca podchwyciły żydowskie gazety w całej Polsce.

  Łódzka Freie Press wielkimi literami na pierwszej stronie obwieszczała „Ein Skandal! Des Lichtspielhauses Apollo demolierte!” W tym samym duchu opisywał całe zajście krakowski „Ilustrowany Kurier Codzienny”. Sztejsapir początkowo zacierał ręce. Wydawało się, że Kapłan i jego krewniak załatwieni są raz na zawsze. A tu tymczasem na wszystkich seansach dzień w dzień były komplety widzów.

  Na publiczności wielkie wrażenie robiła tytułowa kreacja Romano Navaro. Filmowi towarzyszyła też opinia, że to „najgenialniejsza realizacja, największy triumf kinematografii”. W towarzyskich rozmowach powtarzano sobie, że budżet filmu zamknął się niewyobrażalną kwotą 4 milionów dolarów. Z podziwem mówiono, że do jego realizacji zaangażowano 100 tysięcy statystów. Ku wielkiej radości widzów dyrekcja Apolla wprowadziła nadprogram, w którym występowała niezwykle popularna i lubiana w Białymstoku pieśniarka i tancerka, Katia Masłowa. Jednym słowem, znów sukces! Tymczasem prasowa afera zdążyła już wyjść poza granice.

  W jednym z berlińskich dzienników opisano, jakie to straszne zajścia były w Białymstoku, jak rozwścieczeni białostoczanie, nie chcąc dopuścić do wyświetlania obrazoburczego filmu, spalili taśmę. Od niej zajął się gmach kina i też spłonął. Sam Wajnsztat, ciężko poparzony, ledwo uszedł z życiem. I nie wiadomo kto, gdzie i co pisałby o Białymstoku. Niestety już się nie dowiemy dokąd pognałaby białostocko-warszawsko-berlińska dziennikarska kaczka.

  10 stycznia 1927 r. Wajnsztatowi wygasła bowiem licencja na projekcję „Ben Hura”. W ten właśnie poniedziałkowy wieczór, „nieodwołalnie po raz ostatni, po 8 dniach rekordowego powodzenie” publiczność zasiadła w wygodnych fotelach kina Apollo. Najpierw zaśpiewała Katia Masłowa, a później rozpoczął się ostatni seans.

  A nasi bohaterowie? „Jidysze Kurier” wkrótce upadł. Sztejnsapir został zastępcą redaktora Kapłana w „Dos Naje Łebn”. W 1931 r. pokłócili się tak, że i ta gazeta upadła. Ale to już inna historia.


Andrzej Lechowski  

Posypały się kule i list z Hondurasu

    W tym miejscu uliczka Orlańska, leżąca w samym środku przedwojennych Chanajek, była świadkiem nożowego pojedynku dwóch największych miejscowych zakapiorów - Jankiela Rozengartena i Szmula Gorfinkiela. Przegranym okazał się ten pierwszy i 8 lutego 1939 r. odprawiono gona cmentarz żydowski przy ul.Sosnowej. Jego zabójca ratował się ucieczką aż do Ameryki Południowej. 

  Tymczasem w chanajkowskich zaułkach wszyscy, od pętaka z chederu po najstarszego żydowskiego bałaguła (wozaka) dobrze wiedzieli, że rodzina zabitego opryszka oraz jego najbliżsi

kamraci z ferajny niechybnie myślą o zemście. Zapalczywy syn Jankieczkie Połtyjer musiał jednak najpierw zająć się pogrzebem ojca. Miał z tym niejakie kłopoty. 

  Oto bowiem firma „Ostatnia posługa” odmówiła dokonania obrzędów rytualnych i przybycia do domu zmarłego, twierdząc że dom jest nazbyt publiczny. Wyprowadzenie zwłok nastąpiło zatem bezpośrednio z kostnicy szpitala św. Rocha przy ul. Piwnej, skąd okazały kondukt ruszył ku Sosnowej.

  Ponieważ szwagier Rozengartena, sprawca śmierci był nieosiągalny, tak dla policji, jak i dla złodziejskiej dintojry, synalek Jankie czkie postanowił zemścić się na żonie Gorfinkiela, a swojej ciotce, Małce. Drugi akt rodzinnych porachunków rozegrał się również na uliczce Orlańskiej. 

  Stało się to niemal w miesiąc po pierwszym zdarzeniu. 2 marca 1933 r. młody Rozengarten wypatrzył ciotkę wracającą do domu z zakupami. Dopędził ją przed samą bramą domu nr 4, wydobył z kieszeni rewolwer i ze słowami: to za śmierć ojca! – zaczął strzelać. Gorfinkielowa próbowała uciekać, lecz ugodzona już pierwszym strzałem, upadła na ziemię. Jak się później okazało, następne kule też nie minęły celu.

  Ochłonąwszy z pierwszego wrażenia mściciel króla chanajkowskich bandziorów rzucił się do ucieczki. Popędził do wylotu ulicy Krakowskiej, gdzie niespodziewanie trafiła się mu taksówka. Miał jednak tego dnia wyraźnego pecha: policja białostocka, która nie grzeszyła raczej pośpiechem w działaniu, tym razem okazała się nad wyraz skuteczna. 

  O strzałach przy Orlańskiej i ich sprawcy po kilku minutach wiedział już starszy przodownik

Okoński, kierownik IV komisariatu, któremu podlegały Chanajki. Zarządził natychmiastowy pościg.

  Taksówka z Połtyjerem  Rozengartenem dojechała tylko do Rynku Kościuszki. Tutaj zauważył ją posterunkowy Wyszyński. Zamachał ręką i szofer zatrzymał rozpędzone auto. Rozengarten, widząc co się dzieje, wyskoczył ze stojącego pojazdu i z pistoletem w ręku próbował utorować sobie drogę ucieczki.

  Natknął się jednak na lufę broni policjanta i usłyszał okrzyk: stój albo strzelam! Opryszek upuścił swoją pukawkę na ziemię i niechętnie uniósł ręce do góry. Podczas rewizji znaleziono przy nim jeszcze sztylet i woreczek z kulami.

  Ranna Małka Gorfinkielowa przeżyła. Uratowali ją lekarze ze szpitala PCK, gdzie trafiła zaraz po zamachu. Po operacji i intensywnej kuracji wróciła na tyle do zdrowia, że mogła niebawem, jako świadek oskarżenia, wziąć udział w procesie swojego mściwego siostrzeńca. 

  Teraz natomiast jeszcze o losach zbiegłego z Białegostoku Szmula Gorfinkiela. Otóż jesienią 1937 r. do Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w naszym mieście nadszedł list, aż z Hondurasu. Tamtejsza gmina informowała, że zmarł właśnie białostoczanin, niejaki Białogórski, który pozostawił spadek dla rodziny w Polsce.

  Szybko okazało się, że ów Białogórski był w rzeczywistości Szmulem Gorfinkielem, który przed zemstą chanajkowskiej ferajny schował się za Oceanem.  Policja, po otrzymaniu oficjalnego potwierdzenia zgonu umorzyła śledztwo przeciwko Gorfinkielowi o zabójstwo osławionego Jankieczkie.


Włodzimierz Jarmolik

Zapasowy karabin

   Dwudziestego szóstego czerwca wieczorem doszło w Białymstoku do dwóch eksplozji. Huk detonacji rozniósł się po całym mieście. Gazety w 1919 roku sugerowały, że w ten sposób ktoś chciał się pozbyć materiałów wybuchowych. Ich posiadanie i przechowywanie było bowiem zabronione.

A zapasów po wojnie zostało dużo, bo wycofujący się Niemcy sprzedawali za bezcen karabiny i granaty.

  Nabywców nie brakowało. Czasy były niepewne, zaś broń w domu zawsze mogła się przydać. Bardziej obrotni obywatele w handlu gorącym towarem zwietrzyli interes.

W zakamuflowanych składzikach gromadzili karabiny, granaty, a także wojskową odzież. Potem wystarczyło już tylko czekać, aż zjawi się klient.

Proceder ten spędzał sen z powiek funkcjonariuszom policji. Nielegalną broń bowiem często używali do napadów bandyci. Co kilka dni w Białymstoku zdarzały się również wypadki wywołane nieumiejętnym obchodzeniem się z materiałami wybuchowymi.

  Tak było 15 maja 1919 roku. Podczas przekładania worków z mąką w składzie miejskim eksplodował granat. Odłamki raniły w rękę robotnika Kazimierza Szrota.

Kilka dni później o godzinie 6 rano przy Warszawskiej 21 doszło do kolejnej eksplozji. Jak donosiła prasa, granat został zdetonowany na pierwszym piętrze. W wyniku wybuchu z okien wyleciały szyby. Na szczęście w tym momencie nikogo nie było na chodniku przed budynkiem.

  Aby w przyszłości uniknąć podobnych incydentów, władze podjęły walkę z posiadaczami nielegalnej broni. Liczne rewizje w prywatnych domach dały efekty. Na początku czerwca wywiadowcy zapukali do drzwi pewnego restauratora. W chwili, gdy funkcjonariusze weszli do domu, właściciel posesji zajęty był właśnie wciskaniem niemieckiej bielizny do ustępu. Wpadł na gorącym uczynku. A wnikliwa rewizja wykazała, że na jego posesji ukryto również siedem karabinów.

  Do ustępów miejskich wpychano też inne nielegalne towary. Był to dobry sposób na błyskawiczne pozbycie się gorącego towaru.

I tak pewnie było w przypadku dwóch złamanych niemieckich karabinów, które znaleziono w latrynie przy Rynku Rybnym. Mimo, że broń nie nadawała się do użytku, funkcjonariusze musieli ją wysłać do szczegółowej analizy.


Kamil Śleszyński

Szpryngowcy kradli szybko i bez hałasu

    Połter Zundel, mieszkaniec ul. Św. Rocha, leżącej na obrzeżach Chanajek i łączącej dworzec kolejowy ze śródmieściem  Białegostoku był już bohaterem jednego z wcześniejszych odcinków tej rubryki. Jako młody farmazon (oszust) w początkach lat 20. specjalizował się w szulerce i handlu tombakowymi obrączkami oraz fałszywą biżuterią. Później się ustatkował, jeśli w ten sposób można określić zawodowe paserstwo.  Dla złodziejaszków z całych Chanajek znany był pod ksywką tata Jaszkie.

   Jaszkie kupował od swoich szemranych dostawców niemal każdy cokolwiek wart fant. Płacił mało, ale miał w ferajnie duży respekt. Nadawał robotę, służył pożyczką, a co znaczniejszym oprychom zapewniał, w razie wpadki, dobrego adwokata.   W 1934 r. pod skrzydłami tego cwanego pasera znalazła się grupa chanajkowskich złodziei, których w poważnej literaturze kryminalistycznej określano mianem szpryngowców. Szpryng, znaczyło tyle, co ukraść szybko w biały dzień z jakiegoś mieszkania, najlepiej przez okno albo z przedpokoju, jakąś rzecz  i zmyć się niepostrzeżenie.

  Szpryngowcy szukając lepszego łupu wybierali najchętniej mieszkania należące do zamożnych właścicieli. Popularnym sposobem ich działania był chwyt „na pomyłkę’”. Ubrany nawet całkiem przyzwoicie złodziej pukał lub dzwonił do drzwi pod wytypowanym wcześniej adresem i służącej, która mu otwierała (u bogatych mieszczuchów były zazwyczaj takowe), anonsował się z wizytą do jej pana. Kiedy ta pozostawiała gościa w przedpokoju i szła zawiadomić pryncypała, złodziej skwapliwie penetrował wieszaki i stoliki z ich szufladkami, a następnie, umiejętnie, blokował od wewnątrz zamek przy drzwiach.

  Po pojawieniu się właściciela  mieszkania szpryngowiec udawał zaskoczenie i gorąco przepraszał za zaistniałą pomyłkę i zakłócanie spokoju. Odwracał się i czym prędzej wychodził. Nie zapomniał jednakże starannie zamknąć spreparowanych już do dalszej operacji drzwi. Postał nieco na klatce schodowej i po cichu wracał do znajomego przedpokoju. Szybko wynosił upatrzone  wcześniej futro, palto czy lichtarz, i czmychał tym razem na dobre. Innym trikiem chanajko- wskich szpryngowców było wizytowanie wartych tego lokali pod płaszczykiem domokrążnych sprzedawców czy szukających wsparcia rzekomych pogorzelców albo powodzian.

  Właśnie w ten sposób działała szajka zorganizowana przez pasera Jaszkie. Przez szereg miesięcy nękała ona mieszkańców naszego miasta. Wydział Śledczy z ul. Warszawskiej, do którego napływały doniesienia o przedpokojowych kradzieżach przez dłuższy czas nie mógł nic na to poradzić. Złodzieje nie pozostawiali po sobie żadnych śladów, a zeznania poszkodowanych, co do okoliczności kradzieży znacznie się różniły. W końcu jednak sprawa znalazła swój finał.

  W szajce, która tak sprytnie szpryngowała, doszło do konfliktu interesów. Jaszkie, patron całego procederu, chciał mieć znacznie większą dolę niż jego pomagierzy. Było ich kilkoro: malarz pokojowy, handlarz świętymi obrazkami, zawodowy żebrak, a przede wszystkim Maria Gołaszczuk, złodziejka mieszkaniowa z praktyką odbytą w samym Paryżu. Właśnie to ona postawiła się swojemu szefowi. 

   Po szczególnie zyskownej robocie ukryła część łupu. Tata Jaszkie był jednak nie w ciemię bity. Zorientował się w przewalance i nasłał na mieszkanie „Francuzki” znajomych speców od łomu i wytrycha. Ci wydobyli z różnych zakamarków towaru na blisko 2 tys. zł. Jak widać paser okradany był ze swojej doli od dawna.  O dziwo Gołaszczuk poszła ze swoją stratą na IV komisariat i złożyła skargę.

  Gorzej zrobić nie mogła. Agenci śledczy wnikliwie zajęli się sprawą i po nitce doszli do kłębka. Aresztowano całą szajkę szpryngowców. Za kratki trafił także paser Połter Zundel. Dostał rok odsiadki. Publiczność wychodząca z sali sądowej przy ul. Mickiewicza zastanawiała się głośno czy to aby nie za mało.


Włodzimierz Jarmoli

To była świetnie prosperująca fabryka ul.Grunwaldzka 41

   Najlepsze kafle można było kupić u Kucharskiego. W fabryce była nawet łaźnia i biblioteka.  Dokładnie w 1893 roku przy ulicy Grunwaldzkiej 41 powstał niewielki zakład ceramiczny. Jego właścicielem był Jan Kucharski, który miał też w pobliżu swój dom. Zakład specjalizował się w produkcji zarówno kafli, jak i gotowych pieców. 

   Przedsiębiorstwo z roku na rok przynosiło coraz większe zyski.  Rozwój przerwał wybuch I wojny światowej. Działalność został wznowiona dopiero po 1918 roku. Firmę prowadzili już synowie Jana – Sylwester i Józef.

 Znacznie rozbudowali oni zakład ojca, uruchomili nawet nowy dział produkcji – polewy do kafli. W 1939 roku firma zatrudniała około 80 robotników, a jej wyroby były nie tylko uważane za najlepsze w Białymstoku, ale też cieszyły się dużym popytem w całym kraju.

Fabryka była też znana z tego, że jej właściciele bardzo dobrze traktowali swoich pracowników. 

   Dbali nawet o ich potrzeby kulturalne. W działającej przy fabryce świetlicy urządzane były różnego rodzaju zabawy i przedstawienia teatralne. Istniała tam też bogata w zbiory biblioteka oraz łaźnia.

   Za swoją działalność Kucharscy zostali docenieni w 1936 roku, kiedy to Józef otrzymał od prezesa rady ministrów nagrodę gospodarczą.   Fabryka przestała działać wraz z wybuchem II wojny światowej. Dziś po przedwojennych fabrykantach pozostały dwie plakiety ceramiczne z podobizną Józefa Piłsudskiego, które ma w swoich zbiorach Muzeum Historyczne 


Krzysztof Zdzitowiecki

Kino " Pan"

    Nowy budynek  w/g projektu inż. arch. A. Pines  Na miejscu zlikwidowanego kina " Modern" przy ul. Marszałka Piłsudskiego powstał nowy nowoczesny budynek, w którym mieścić sie bedzie nowopowstajace kino białostockie -" Pan" .

   Jest to budynek o liniach prostych ukształtowanych w nowoczesnych bryłach. Lekkie , smukłe kolumny z frontu i  estetyczne podcięcie nadają całemu gmachu potęzną architektoniczną całość. Wnętrze jest przebudowane od fundamentu. Poczekalnia nowego kina będzie odpowiadać eszystkim wymaganiom estetyki i bezpieczenstwa.

   Oświetlenie wnętrza gmachu schowane we wnękach , nie będzie meczyć wzroku, ogrzewanie i wentylacja - pierwszy tego rodzaju system, zastosowany u nas - za pomocą wtłaczania gorącego czy tez zimnego powietrza ( w zalezności od pory roku ) pozwoli dowolnie regulować temperaturę z równoczesną wentylacją.

   Estetyczne rozwiązanie, ściany ekranowe ma dązyć do psychicznego oddziaływania na widza , jakby przygotowujac go do artystycznej rozrywki. Podcien  przed wejściem za szesciu filarami ma na celu zaakcentowanie całej tresci budynku i ma być użyta dla fotosów filmowych oraz plakatów reklamowych , przegląd których przez publicznosć może tu sie odbywać bez tarasowania przejścia na chodniku.

   Duży nacisk połozono na kwestię bezpieczenstwa ,a wiec żelbetonowa 6x5 mkw kabina z oddzielnem wejściem potrójne zapasowe drzwi z poczekalni ,automatyczne urzadzenia przeciwpożarowe itp. - wszystko to stworzy tu najnowoczesniejszy przybytek X muzy , który upiekszy te dzielnicę miasta.

   Projekt tego nowego budynku opracował p.inz.arch. Aleksander Pines  ( białostoczanin) pod którego technicznym kierownictwem budynek obecnie wykacza sie. Otwarcie nowego kina  'Pan" nastapi -prawdopodobnie-jeszcze w bieżącym miesiacu 


Tempo 1937 r.

Opowieści z Siennego Rynku

 

   Eugeniusz Cudowski wychował się przy Siennym Rynku. Pamięta dobrze wartkie życie w rejonie ulic Suchej, Pięknej, Młyńskiej, Śledziowej, Sportowej (dawna Malinowskiego), Targowej (Rabinackiej), Mińskiej i oczywiście arterii Mazowieckiej. 

  Senior rodu Bronisław Jachimowicz (dziadek pana Eugeniusza) miał pod swoją pieczą piętro i częściowo parter w rogowej kamienicy Zaleskiego, z adresem Sienny Rynek 7, ale z wyjściem i na ul. Malinowskiego. Mówiło się, że to kamienica rogowa, z poddaszem, zabudowanym podwórzem, dobrze utrzymana. Bronisław był znanym białostockim szewcem, zatrudniał kilku pomocników, w czasie obu okupacji również z grona osób „spalonych”, maskujących swą prawdziwą tożsamość.

 Było wśród nich nawet dwóch Żydów. Ignacy Kotłowski po wojnie profesorował na jednej z uczelni warszawskich i w 1968 roku został zmuszony do opuszczenia Polski, osiadł wraz z rodziną w USA. Raz pojawił się w wolnym już Białymstoku, zachował wdzięczność dla wybawcy.

  W opisywanej kamienicy mieszkali: dziadek Jachimowicz z żoną (i jej mamą), dwie córki (Janina wyszła za Cudowskiego, a jej siostra za Maszewskiego) oraz syn. Rodzina się powiększyła wraz z narodzinami wnucząt do 13 osób. Ponadto z gościnności Jachimowiczów korzystali przybywający na jarmarki, przed św. Jana spali pokotem w salonie.

  Za „pierwszego Sowieta” wprowadzili się oficerowie, tu jedli i pili samogon. Pan Bronisław wyposażył ich w buty, czym zaskarbił sobie wdzięczność komandirów i zyskał ochronę.

  Pewnego dnia do zakładu wtargnęli prości sołdaci, jeden z nich przymierzył buty z cholewami i uciekł zadowolony z nabytku. Dziadek ruszył w pogoń, krzyki usłyszał jeden z oficerów, ten po schwytaniu złodzieja tak energicznie zaczął wymierzać mu wyciorem sprawiedliwość, że dziadek Jachimowicz ledwie uratował złodzieja od niechybnej śmierci. Za Niemca przy Neue Markt 7 zamieszkało też dwóch oficerów. I ci zagustowali w samogonie. Mieli radio, więc gospodarze słuchali (z głową pod kocem) wiadomości z Londynu. Niemcy wyjechali, radio zostało, co umożliwiało i po wojnie łapanie zakazanych fal.

  Bronisław Jachimowicz chyba opacznie zrozumiał założenia nowego ustroju. Zaczął z nową energią rozwijać po wyzwoleniu prywatną inicjatywę, otworzył nawet sklep ze sprzętem techniczno-radiowym, zamieniony w pierwszy w Białymstoku komis. A w zakładzie szewskim zatrudnił aż dziesięciu robotników.

  Takich burżuazyjnych zwyczajów władza, nazywająca się ludową, nie zamierza tolerować i doprowadziła do powołania przy Siennym Rynku 7 Spółdzielni „Współpraca”, przeniesionej następnie na Antoniuk. Urzędnicy dobili i mniejsze zakłady Bronisława Jachimowicza przy ul. Suchej (potem Warszawskiej) oraz Żelaznej. Ich właściciel przeżył rewizję funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, kilka tygodni śledztwa na powiatówce przy ul. Wołodyjowskiego i trzy miesiące w więzieniu przy ul. Kopernika. Do spółdzielni nie wrócił, zmarł w 1956 roku nie doczekawszy się pomyślniejszych wiatrów historii.

  Młody Eugeniusz chodził do przedszkola przy ul. Grottgera (po drodze można było wygrzebać z ziemi granat) i Szkoły Podstawowej nr 9 przy ul. Kijowskiej. Teorii uczył się z książek, życia na Siennym Rynku. To były właściwie trzy rynki: główny przy ul. Suchej (tu stały furmanki z galanterią gospodarczą i produktami żywnościowymi, a o postępie cywilizacyjnym zaświadczała duża ubikacja zwana po swojemu sraczem), poboczny przy ul. Młynowej (konie, bydło) i bardziej ekskluzywny przy ul. Pięknej (królowały ciuchy).

  Z czasem zwierzęta wyprowadzono na Wygodę (za cmentarz prawosławny), a w rejonie Siennego Rynku przybyło sklepików i kramów, pojawiła się mała gastronomia. Rynki stanowiły wygodę dla białostoczan po przystępnej cenie i raj dla żulików, wydrwigroszów, meneli, marzących o sielankowym życiu na kredyt, z pomocą frajerów.

  Przy ul. Młyńskiej władze miejskie zamierzały postawić coś większego, ale podczas wykopów natrafiono na trumny. Mój rozmówca zapamiętał otwartą trumnę ze zwłokami dziewczynki ubranej w białą sukienkę.

  Pamięta i galerię typków z Siennego Rynku. Chyba najbardziej charakterystyczny był sprzedawca terpentyny, oliwy, smarów i gwoździ, regularnie szlifujący bruki. Od tego biznesu podupadł na psychice, szewcy dla zgrywu ubierali go od czasu do czasu w dziwne czapki z piórami.

  Z kolei Wacuś grał namiętnie na mandolinie, a że nie szkodził nikomu, to karmiono go, podtrzymywano przy życiu.

  Pewnego razu wybuchła wielka afera. Przy ul. Targowej stał murowany kiosk ze smarami i olejami, taka namiastka CPN-u. Ktoś zapowiedział na ścianie wielkimi literami z użyciem czarnej farby: Stalinowi oberwiemy wąsy i utniemy uszy .

  Ale się zakotłowało, rynek wypełnili ubecy i milicjanci. Sprawca chyba nie został schwytany, zbrodniczy wódz ocalił wąsy i uszy, ale wkrótce uwolnił świat od swej podłej osoby.

  I ostatnie na dziś wspomnienie pana Eugeniusza. O psie Szariku. Nie z czołgu 102, ale zostawionego przez „wyzwolicieli” latem 1944 roku. Zasłużył się dla Armii Czerwonej, wyciągając z pola walk rannych żołnierzy. Duży, silny, a spokojnej natury. Kiedy berbeć Genio wypełzł na czworakach z pokoju na betonową klatkę schodową i zmierzał do samozagłady (strach pomyśleć, co by się stało, gdyby pokoziołkował w dół), to Szarik położył się na drodze i zablokował dalszy marsz. Tak do poprzednich wyczynów dodał i uratowanie mego rozmówcy.


Adam Czesław Dobroński

Rynek przy ulicy Bema

   "Tłum, przepychanie, głośne pokrzykiwanie, kolorowe stragany, skrzynki, worki, zapach mokrego owsa, piwa, końskiego łajna, kiszonej kapusty..."

 "Targowisko w centrum Białegostoku nie wyróżnia się niczym spośród innych. Chociaż podobno można tu taniej kupić samowar prosto z Tuły, parę dorodnych prosiaków, srebrną monetę, złoty pierścionek z najprawdziwszymi brylantami. Ale nie jest to takie pewne. Wszystko tu sprzedasz, wszystko tu kupisz! 

  To zawołanie, które należy do tradycji handlu, ułatwiając uczciwym ludziom życie - wykorzystują nieuczciwi dla swoich interesów. Jak świat światem, na bazarach zawsze pojawiali się oszuści, handlarze bez uprawnień, paserzy, złodzieje..."

Tak opisywał nasze targowisko 19 czerwca 1977 roku Artur Rutkiewicz w branżowym tygodniku milicji i SB "W służbie narodu".  

Artykuł ten  ciekawie opisał na lamach naszej lokalnej prasy pan Mieczysław Skrodzki, który był wówczas kierownikiem, czyli komendantem I komisariatu przy ul. Lipowej.

  "W Białymstoku było wówczas pięć komisariatów, ten przy Lipowej należał do najbardziej obciążonych" - opowiada - "Obejmował całe centrum, jedną trzecią miasta. I do tego jeszcze targowisko. Specyfika tego miejsca powodowała, że zbierała się tu i cała śmietanka kombinatorów, cwaniaków, którzy tylko czyhali na naiwnych klientów. Nie brakowało więc zgłoszeń na komisariacie. Skończyłem akurat studia, miałem tytuł magistra i stopień kapitana, komendant wojewódzki zaproponował mi to stanowisko. Pracowałem tu sześć lat, nikt tyle nie wytrzymał "- uśmiechał się dumnie w materiale Pan  Mieczysław .

  "Milicjanci pojawiali się systematycznie na bazarze. Na takie patrole chodził często starszy sierżant Zdzisław Zinówko ."

"Mój kolega, świetnie sobie radził, wyłapywał podejrzanych. Miał dobrego nosa, zatrzymuje dajmy na to jakiegoś gościa, przesłuchuje go, a tu się okazuje, że facet ma na sumieniu wiele sprawek."

  W artykule dzielnicowy jest pokazany w akcji. Przyznaje, że rynek Bema to dla niego najtwardszy orzech do zgryzienia ,ale oczywiście radzi sobie dobrze. Przez dwa lata odkąd jest tu dzielnicowym, ujął na gorącym uczynku kilkunastu złodziei i paserów. 

Chwalił się dziennikarzowi - "...spostrzegłem na bazarze mężczyznę, który sprzedawał gwintownice. Przypomniałem sobie, że takie gwintownice zginęły podczas włamania do piwnicy przy Lipowej. Zatrzymałem więc faceta i zaprowadziłem do komisariatu. Przyznał się do kilkudziesięciu włamań, wydał wspólników. Odnaleźliśmy u nich skradzione towary: narzędzia, wózki dziecinne, rowery, części do pojazdów, warte to było około 100 tysięcy złotych."

  Taki był Rynek Bema - każdy czerpał  z bycia  na nim  jakąś satyswakcję - jak  Alicja po dwóch  stronach jednego lustra .


Translate