Postaw mi kawę na buycoffee.to

W 1929 roku na dobre przyszedł kryzys gospodarczy

   Czasem taniec był jedynym sposobem zarobienia pieniędzy. W popularnej kawiarni Lux, która znajdowała się na rogu Sienkiewicza i Warszawskiej, wieczorami odbywały się dancingi. Wśród stolików, zachęcając klientów, aby ci wyszli na parkiet, krążyła tańcząca para. Danser co jakiś czas opuszczał swą partnerkę aby ta zmysłowym tańcem wabiła panów. Wykonywała więc ona "rozmaite wschodnie tańce". Jej popisy choreograficzne budziły, co oczywiste, niezwykłe ożywienie wśród mężczyzn, ale panie kipiały z oburzenia i odwracały się ze wstrętem.

  Niejedna z matron stwierdzała, że to jedynie wyuzdanie i niepodobne do "dobrej plastyki i dobrych pląsów" widywanych tu i ówdzie.

 Ale oburzenie miejskich gazet i sprzeciw wszystkich budziła czteroletnia dziewczynka, która stanowić miała clou luxowego programu. "Dziecko jest słabe, mocno rachityczne, jemu już dawno trzeba by było iść spać, a ono biedne przebiera nóżkami i uprawia łamańce i stara się ponad siły".

  A poeta w tym samym czasie pisał:"... Słyszysz ... Białystok oddycha Skwarnem powietrzem lipcowem Ekstazy czerpie z kielicha I duma w świetle różowem W Luxie orkiestra rozlewa Cudne pieszczące półtony Sen szczęścia mile powiewa Nastrój jak z bajki wyśniony."

  Tańczyć można było w tamtym Białymstoku wszędzie. Każda restauracja szczyciła się orkiestrą. Różne stowarzyszenia wprost prześcigały się w organizowaniu balów i zabaw tanecznych. Choćby taka Białostocka Ochotnicza Straż Ogniowa, popularne BOSO, też nie pozostawała w tyle.

  W 1926 roku Sekcja Pomocy BOSO wpadła na pomysł aby urządzać charytatywne zabawy. Dochód z nich miał być przeznaczony na wspomożenie biednych i chorych strażaków. Pomysł był zbożny, ale "na zabawy te ze wszystkich krańców miasta zbierały się rozmaite miejscowe szumowiny. Dancingi te można by raczej nazwać wielkim zlotem hołoty białostockiej". Co gorsza, "na wieczorki te przychodziły i uczennice szkół miejscowych".

  Nic więc dziwnego, że zabawy te nie cieszyły się dobrą sławą, a policja obyczajowa nazywała je "flądra bale".

Biegi przełajowe w Zwierzyńcu

   12 maja 1934 r. miał miejsce bieg przełajowy na dystansie 6,5 kilometra. Zawodnicy pięć razy obiegli stadion zwierzyniecki, zwany miejskim, obok były korty "Jagiellonii". Biegi majowe mają w naszym mieście bogatą tradycję. Zaczęto je w intencji Konstytucji 3 Maja, po 1935 r. doszło przesłanie marszałkowskie (rocznica śmierci Józefa Piłsudskiego), a w okresie PRL propagowano "Biegi zwycięstwa". Intencje są ważne, ale jeszcze ważniejsze samo bieganie, byle z rozsądkiem i przyjemnością, zdrowo.

  Na zdjęciu stawce przewodzi biegnący z numerem 40 Mikołaj Kozłowski, zawodnik KPW "Ogniwo". Nie dorównał sławą Kazimierzowi Kucharskiemu lub Edwardowi Luchhausowi z "Jagiellonii", ale należał do ścisłej czołówki białostockich biegaczy.

  A teraz pokombinujmy, co to za fragment przedwojennego miasta. Podpowiem, bo pewnie będą trudności z właściwą odpowiedzią. Jest to skrzyżowanie ulic 11 Listopada i Zwierzynieckiej. Ulica Zwierzyniecka powstała w końcu XIX wieku z woli sztabowców carskich i nazywała się początkowo szosą wojenno-strategiczną. 

  Natomiast ulicę 11 Listopada zaczęto wytyczać w 1924 r., wykorzystując bieg wcześniejszej alejki. Były to wówczas dalekie peryferia Białegostoku, stopniowo jednak wpisujące się w krajobraz miejski. Najstarszą, bo wojenną metrykę, miał w tej okolicy oczywiście Zwierzyniec Branickich, następnie wojskowy cmentarz założony w 1915 r. Nazywano go ewangelickim lub niemieckim, jednak były tam i bezimienne groby masowe żołnierzy rosyjskich, w tym narodowości polskiej.

  Na fotografii widać jedynie skrawek cmentarza (w głębi po prawej stronie); dziś na tym miejscu stoi gmach rozgłośni radiowej. W pierwszych latach II RP urządzono także cmentarz wojskowy z grobami żołnierzy polskich poległych i zmarłych w latach 1919-1920, potem przybywało w pobliżu pomników (ołtarz na cmentarzu, żołnierzy 42 pułku piechoty, płyta poświęcona kpt. Stanisławowi Skarżyńskiemu), a tę część Zwierzyńca nazwano Parkiem Konstytucji 3 Maja ("zielony pomnik" z dębami i lipami).

   Miejsce do biegów można uznać za wymarzone. Na fotografii widać ledwie jeden samochód, kilku rowerzystów. Na pewno szumiały drzewa, ćwierkały ptaki, głębiej w parku spacerowały pary zakochanych.

Adam Czesław Dobroński 

Jedziemy autostopem

   Czterech młodzianów przed Ratuszem ogląda plan Białegostoku. Jeden z nich trzyma książeczkę autostop z lizakiem milicyjnym. Taką do zatrzymywania aut.

  Co widać na fotografii? Przede wszystkim świeżo odbudowany Ratusz. Tu korci mnie, by przypomnieć anegdotę, że ponoć tę inwestycje zawdzięcza Białystok towarzyszowi Bolesławowi Bierutowi. Podczas corocznych odpraw w Warszawie przewodniczący wojewódzkich komisji planowania (i czegoś tam jeszcze) zdawali relację z dokonań.   Przedstawiciel Poznania pochwalił się przywróceniem blasku tamtejszemu ratuszowi (z koziołkami), więc Bierut kolejnego w kolejce notabla zapytał też o ratusz. Jak się Państwo domyślacie, ten kolejny był przypadkowo z Białegostoku. 

  Po powrocie nad Białkę przekazał spiesznie informację I sekretarzowi KW PZPR, że prezydent Bierut pytał się o ratusz w naszym mieście. Reakcja musiała była natychmiastowa, no bo skoro sam towarzysz Bierut pytał. W tyle widać nową "starówkę" białostocką, jeszcze bez tynków.

  Po przeciwnej stronie ulicy rewolucjonisty B. Wesołowskiego (obecnie Suraskiej) stały jeszcze rusztowania. I jakże mogłoby być inaczej, koniki ciągnęły furmanki, podstawowy wówczas środek transportu miejscowych firm budowlanych.

  Na jeszcze jeden akcent, bardzo białostocki, chcę zwrócić uwagę. Oto przed odbudowanym Ratuszem na ławeczce siedzą sobie dwaj panowie. Nie piją bynajmniej piwa, nie grają w warcaby lub tysiąca, nawet nie łuszczą pestek słonecznikowych. To po co siedzą? Bo mieli ten nawyk wyrobiony w swoich zagrodach, gdzie przed domkiem musiała być ławeczka. Niestety, nie dowiemy się, o czym tak zapalczywie dyskutowali ci dwaj obywatele z fotografii.


Adam Czesław Dobroński 

W czasie niemieckiej okupacji dzieci musiały pracować

    Jak wszyscy pracowałem dziesięć godzin, od szóstej rano do szesnastej, a często i na nocnej zmianie, z krótką przerwą 15 minut na zjedzenie kanapki. Do moich obowiązków należało utrzymanie porządku i czystości w halach maszyn drukarskich. 

 Budynek pamiętał jeszcze czasy carskie, zimą musiałem napalić każdego dnia w czterech piecach, przedtem oczywiście narąbać drzewa, przynieść torf, oraz myć wałki maszyn drukarskich i same maszyny. Smary, szkodliwe chemikalia (bez żadnych zabezpieczeń), brak światła i przenikliwy chłód tak zimą jak i latem, mocno dawały się we znaki. Ponadto trzeba było uważać, by nie podpaść Niemcowi, który zarządzał drukarnią. Szmidt, inwalida z frontu wschodniego, który stracił rękę, odgrywał się za swoje kalectwo i walił drewnianą protezą gdzie popadło i kogo popadło.

 Jeżeli nie było pracy w hali maszyn, Szmidt kierował nas do noszenia cegieł i mieszania betonu przy nowo stawianej hali maszyn. Poza tym musiałem także palić w piecach w mieszkaniach prywatnych personelu niemieckiego przy ulicy Lipowej. 

 Po upływie roku, w kwietniu 1944 roku stanąłem przy maszynie drukarskiej, a moi miejsce zajęli młodsi koledzy. Pracowałem na tym stanowisku do 25 lipca 1944 roku. Tego dnia, pamiętam jak dzisiaj, nie wpuszczono nas do środka. Oddziały wojskowe przystąpiły właśnie do niszczenia dokumentów. Usłyszeliśmy rozkaz: uciekajcie stąd, wciśnięto każdemu po belce papieru, a za dwa dni już weszła Armia Czerwona. Niemcy uciekając w popłochu podpalili budynki, w tym nową halę z maszynami gotowymi do druku.

  Szkoda, to budynek ładnie się prezentował od frontu, nowoczesny z oszklonymi drzwiami. Drukarnia działała już w latach 20. Znałem tam każdy zakątek. Tuż za ogrodzeniem znajdowało się getto.

  Ogrodzenie ciągnęło się od ulicy Nowy Świat do Artyleryjskiej, Poleską aż do magazynów wojskowych, na ulicy Fabrycznej załamywało się i znowu wracało do miasta, do śródmieścia. Chodziłem tam często, wiedziałem gdzie są tajemne przejścia, wystarczyło odsunąć deskę, która w takich miejscach zwykle trzymała się na jednym gwoździu. 

  W getcie handel szedł na całego. Było dużo różnych towarów, które oficjalnie sprzedawano, z tym że po cenach horrendalnych, na które samych Żydów zwykle nie było stać, bo oni nie dostawali za swoją pracę pieniędzy. Kupowaliśmy kawę, herbatę, tytoń. Do getta natomiast, ja na przykład nosiłem żarówki o małej mocy, najlepiej 15-tki, 25-tki, żeby jak najmniej prądu zużywały. Nabyte za to towary potem sprzedawaliśmy Niemcom, za kawę gotowi byli zapłacić każdą cenę.

  Oczywiście chodziło tu o wojskowych, zwykłych żołnierzy, bo ci z gestapo, służby porządkowej czy z SS mieli wszystkiego pod dostatkiem, a i potrafili zabrać bez żadnych skrupułów co im się podobało. Prości żołnierze mieli tyle co dostali z przydziału, więc też kombinowali na różne sposoby. Sprzedawali buty, papierosy, nawet broń. Jasne, że trzeba było uważać, w każdej chwili groziła wpadka, a wtedy więzienie, obóz, czy rozstrzelanie w razie ucieczki. 

  Kiedyś pamiętam szmuglowałem chyba z 50 żarówek, nosiłem taką długą jesionkę, w poły za podszewkę pakowało się te żarówki i tak obładowany ruszałem. Poszliśmy we trójkę, ja i dwóch braci Beckerów, Janek i Czesiek, ich ojciec był folksdojczem, podziemie wydało na niego później wyrok za współpracę z Niemcami. Szliśmy wtedy nie przez drukarnię, tylko obok budynku, gdzie mieszkało dwóch Niemców, to było wbrew pozorom bezpieczne przejście. I ci bracia Beckerowie najpierw mnie wystawili, kazali iść pierwszemu. Miałem farta, udało mi się, a gdy oni wyszli akurat napatoczył się patrol niemiecki i wpadli. 

  Ale wywinęli się, ojciec miał dobre znajomości. Gdyby mnie złapali, to obóz murowany. Ale co tam, w takim wieku nie ma strachu. Nie miałem w ogóle świadomości, że ryzykuję. Cieszyłem się, że jako gówniarz zarabiałem więcej niż mój tata.

  Ponadto uczyłem się. Do godziny szesnastej robota w drukarni, a od siedemnastej tajne komplety u pani Parzyńskiej. To była wspaniała nauczycielka, odważna, z poświęceniem. Chudzinka, przygarbiona, włosy rozwichrzone, uczyła nas polskiego, historii, matematyki i geografii oraz niemieckiego. Byłem tak przygotowany, że jak poszedłem zdawać po wojnie do ogólniaka, to trzy zadania z matematyki rozwiązałem w 15 minut. Była ogromna chęć nauki, człowiek łaknął tej wiedzy, wprost wsysał w siebie. wsysał dosłownie.

  My mieszkaliśmy przy ul. Kurpiowskiej 6, tuż przy Angielskiej, a pani Parzyńska przy Bema 28, u państwa Łosiów. Jak szedłem na komplety, to przez podwórza, z posesji na posesji, żeby nie chodzić po ulicach, gdzie można było natknąć się na patrol. Nikt nikomu nie zabraniał. Ludzie ze sobą żyli jak w rodzinie.   Na komplecie było nas pięcioro: Wiesia Wojciechowska, Stasia Dziejma, Mirek Abramowicz, Zbyszek Szeps i ja. 

  Któregoś razu podczas nauki przyszli Niemcy. Pani Parzyńska w porę zauważyła, od razu złapała śpiewnik niemiecki, usiadła przy pianinie i zaczęła grać, a my zaczęliśmy śpiewać po niemiecku. Niemcy pokiwali głowami, gut, gut - powiedzieli i poszli. Pani Łosiowa jednak bardzo się wystraszyła i panią Parzyńską przyjęła na kwaterę pani Miklasz, mama kolegi mego brata. Oni obaj należeli do AK, wpadli w zasadzkę, Romek zginął pod Białymstokiem, a mego brata rozstrzelano w Grabówce.

  Pani Parzyńska przez całą okupację prowadziła tajne komplety. Zajęcia odbywały się na dwie zmiany, jedna grupa z rana, druga po południu. Wieczorem, świecąc karbidówką odprowadzałem młodszych do domu.  Takie to było czasy. Dzisiejsza młodzież nie jest w stanie nawet tego sobie wyobrazić.


Alicja Zielińska 

Dzień Kobiet

    Historia Dnia Kobiet rozpoczyna się na początku XX w., kiedy przez Amerykę Północną i Europę przetoczyły się fale protestów ruchów robotniczych. Najwcześniejsze obchody zorganizowano 28 lutego 1909 r., aby upamiętnić strajk pracownic fabryk odzieżowych, który odbył rok wcześniej w Nowym Jorku. Kobiety manifestowały wówczas przeciwko wyzyskowi, niskim płacom, ciężkim warunkom panującym w zakładach oraz braku prawa głosu.

  W następnych latach protesty zaczęły rozprzestrzeniać się na cały świat. W 1911 r. ponad milion osób w Europie – przede wszystkim w Niemczech, Austro-Węgrzech, Danii i Szwajcarii – wzięło udział w marszach, które odbyły się 19 marca z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet ustanowionego wcześniej, bez konkretnej daty, przez Międzynarodówkę Socjalistyczną. Manifestantki domagały się prawa do głosowania, sprawowania urzędów publicznych i do godnej pracy.

   Dzień Kobiet po raz pierwszy zorganizowano 8 marca 1914 r. w Niemczech. Wybór daty nie miał konkretnego uzasadnienia. To zmieniło się w 1917 r., kiedy 8 marca kobiety w Rosji zorganizowały strajk pod hasłem „chleb i pokój”.

  Manifestacja szybko zmieniła się w wiec przeciwko carowi, który dzień wcześniej uciekł z Petersburga do Mohylewa. W międzyczasie trwały dziesiątki innych protestów, spowodowanych przede wszystkim przez braki żywności, brak prądu, wstrzymanie produkcji w fabrykach oraz obniżenie płac robotnikom.

  Demonstrantów podburzali agitatorzy polityczni z różnych frakcji Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji (SDPRR). Manifestacje przerodziły się w zamieszki, które w ciągu następnych dni doprowadziły do wybuchu rewolucji lutowej i obalenia Mikołaja II Romanowa.

  Rząd tymczasowy nowo powstałego ZSRR tuż po zakończeniu wojny domowej przyznał kobietom prawa wyborcze, a działaczka Aleksandra Kołłontaj przekonała Włodzimierza Lenina, aby 8 marca ogłosić oficjalnym świętem państwowym i Międzynarodowym Dniem Kobiet. Aż do 1965 r. nie był to jednak dzień wolny od pracy.

  Dzień Kobiet obchodzono w Polsce jeszcze przed II wojną światową, ale prawdziwą popularność święto to zdobyło dopiero w czasach PRL. Tradycyjnie wręczano paniom podarunki – goździki i tulipany oraz słodycze, kawę, rajstopy i inne prezenty. W sentymentalną podróż do tych czasów zabrali w 2022 r. widzów twórcy programu „Tacy byliśmy”.

– Nawet jeśli prawdą jest, jak się mówi, że mężczyźni rządzą światem, to pewnym jest, że kobiety rządzą mężczyznami. Z okazji Dnia Kobiet sentymentalna podróż do lat dawno minionych, w których życie nie wyglądało tak jak teraz. Jak kilkadziesiąt lat temu świętowano Dzień Kobiet? Jak wyglądało życie codzienne, domowe i zawodowe pań? Czy panowie obawiali się coraz większego uczestnictwa swoich towarzyszek w życiu społecznym i zawodowym? Jacy wtedy byliśmy? – napisano w opisie odcinka „Dzień Kobiet”, który można obejrzeć w TVP VOD.

  W 1975 r. Dzień Kobiet dzięki decyzji ONZ stał się świętem międzynarodowym. Tego dnia uznawane są zasługi wszystkich kobiet bez względu na podziały narodowościowe, etniczne, językowe, kulturowe, gospodarcze czy polityczne. Jest to okazja, by spojrzeć wstecz na zmagania i dokonania z przeszłości, a co ważniejsze, by spojrzeć w przyszłość i zwrócić uwagę na niewykorzystany potencjał oraz możliwości, jakie otwierają się przed następnymi pokoleniami kobiet (…). 

  Przyjmując rezolucję, Zgromadzenie Ogólne uznało znaczącą rolę kobiet w rozwoju społecznym oraz procesach pokojowych. Wezwało również do zakończenia dyskryminacji oraz udzielenia większego wsparcia kobietom, aby mogły w pełni i na równych prawach uczestniczyć w życiu społeczno-politycznym

Dzikie: Kurort niedaleko Białegostoku

   Dzikie niedaleko miejscowości Choroszcz: Przystań kajakowa, domki kempingowe. Plaża, czysta woda w rzece i piękny sosnowy las. Do Dzikich przez wiele lat chętnie przyjeżdżali zarówno mieszkańcy Białegostoku, jak i okolicznych wsi. Przed wojną ta niewielka miejscowość uchodziła za popularny kurort letniskowy.

  W kolonii Dzikie zamieszkaliśmy w lipcu 1944 roku. Nasz dom, postawiony przed wojną, był wynajmowany na letniska. Przyjeżdżali tu na odpoczynek Żydzi z Białegostoku. Takich domów letniskowych w Dzikich było 40, a jeden z nich latem pełnił nawet funkcję synagogi - opowiada Janusz Koronkiewicz.

  Tradycja letniskowa w tych stronach zaczęła się od majówek, które urządzał Alfred Moes. Właściciel fabryki sukna i koców, mieszczącej się w Choroszczy oraz w Żółtkach i Dzikich dbał o rekreację swoich pracowników. Jego zakłady w początkach XIX wieku uchodziły za największe na ziemiach polskich). I właśnie w pobliżu browaru w Nowosiółkach odbywały się wiosną i latem takie spotkania integracyjne, jak byśmy dzisiaj powiedzieli. Okolica sprzyjała, nie opodal w stronę wsi Łyski, nad niewielkim jeziorkiem znajdowała się plaża.  

  Kiedy podczas I wojny światowej fabryka została zniszczona, miejscem letniskowym stała się kolonia Dzikie. Zbudowany tu młyn wodny zmienił walory miejscowości. W powstałym trójkącie dwóch dolin rzek Narew i Supraśla, trzeci bok stanowiła piaszczysta, wyżynna plaża, porośnięta sosnowym lasem - idealny teren na letnisko. Poza atrakcjami widokowymi - śluza spiętrzała wodę, tworząc dwumetrowy wodospad - panował tu także specyficzny klimat. Bywało, że latem nadciągające z zachodu chmury deszczowe często przechodziły obok, podczas gdy w przeciwległej Złotorii bądź Dobrzyniewie padał deszcz.

  W okresie międzywojennym, kiedy walory tej miejscowości odkryli Żydzi z Białegostoku, Dzikie zyskały renomę uzdrowiska. Były tu dwa pensjonaty, dwa sklepy, w weekendy kursowały autobusy. W piątki, przed szabasem odbywał się targ rybny. Ten rozwój przerwała wojna. Za pierwszego Sowieta we wrześniu i w październiku 1939 roku w domach letniskowych zamieszkali bieżeńcy - Żydzi uciekający z terenów Polski, zajętych przez Niemców. Długo tu jednak nie znaleźli schronienia. Wiosną 1940 roku zostali wywiezieni w głąb Związku Radzieckiego. Domki przejęła Armia Czerwona, urządzając tu miejsce odpoczynku dla oficerów jednostki wojskowej, stacjonującej w budynkach po zlikwidowanym szpitalu psychiatrycznym w Choroszczy.

  Po wojnie Dzikie jeszcze przez kilka lat miały szansę na rozwój turystyczny. Jakub Antoniuk w przewodniku krajoznawczym po Białostocczyźnie z 1956 roku tak pisze: "Na północny zachód od Nowosiółek tuż nad malowniczymi brzegami rzeki Supraśli leży urocza miejscowość letniskowa Dzikie. Dzikie posiadają wszelkie warunki stania się w niedalekiej przyszłości ośrodkiem wypoczynkowym i wczasowym mieszkańców Białegostoku oraz robotników z pobliskiego kombinatu włókienniczego w Fastach. 

  Sprzyja temu piękna plaża i pobliski las oraz niedalekie sąsiedztwo przystanków kolejowych w Fastach i Rybakach na linii Białystok - Ełk. Dojazd do Dzikich ułatwiają też autobusy PKS kursujące do Choroszczy i w kierunku Tykocina, Zambrowa i Łomży, przy czym od przystanku autobusowego w Nowosiółkach do Dzikich jest tylko 2 km. W Dzikich czynna jest przystań kajakowa oraz obóz domków kempingowych PTTK, położony na wzgórzu wśród pięknego i suchego lasu".

  - I rzeczywiście tak było - przytakuje Janusz Koronkiewicz. - Wczasowicze nadal tu chętnie odpoczywali, mieszkali w ocalałych domkach letniskowych lub wynajmowali kwatery prywatne. Na plażę w Dzikich przyjeżdżały liczne wycieczki z Białegostoku, przychodzili mieszkańcy z okolicznych wsi: Żółtek, Nowosiółek, Fast. 

  Kiedy pod koniec lat 50. ruszyły zakłady włókiennicze w Fastach, zaczął się powolny schyłek Dzikich. Do rzeki spływały przez nikogo nie kontrolowane ścieki przemysłowe. I to był koniec kurortu. Wkrótce nie było tu po co przyjeżdżać. Plażowicze przenieśli się nad Narew pod Złotorią.

  Upaństwowiony młyn okazał się nierentowny. Zamknięto go, a pozostawione bez opieki śluza, grobla i mosty po kilku latach uległy całkowitemu zniszczeniu. Spowodowało to obniżenie poziomu wody w górze rzeki, zmieniając ją w płytki i bardzo bystry ciek.


Alicja Zielińska

Białostoczanie byli złaknieni mocnych doznań

   Sięgając do 1926 r. Na ulicy Polnej (Waryńskiego), pod 17 numerem znajdowała się szkoła tańca Kajmersa i Pomeranca. 

  Kursanci po całkiem umiarkowanych cenach zgłębiali poszczególne pas charlestona i bluesa. Do tych kroczków i podrygów przygrywał im na pianinie dyplomowany... dyrygent. Biedak cierpiał na niezaspokojone artystyczne ambicje. Ponadto kto by utrzymał się z "umiarkowanych cen", z których i tak gros brali Kajmers i Pomeranc? Uprosił więc swych chlebodawców o anons treści zaskakującej - "szkoła tańców poleca dyrygenta na wszelkie zabawy" .

  Na rogu Lipowej i Giełdowej (Spółdzielcza) stała okazała kamienica wybudowana przez Kalmana Goniądzkiego, bogatego białostockiego kupca. Jego syn Gerszon odbył studia techniczne w Niemczech i z tytułem inżyniera przyjechał do Białegostoku. Wraz z nim przyjechała też piękna młoda żona - Fani.   

  Była pianistką, absolwentką berlińskiego konserwatorium i zdobyła pewne doświadczenie w "nowoczesnej praktyce muzycznej". Od 1921 roku, popołudniami, z gabinetu inżynierostwa Goniądzkich rozlegały się dźwięki etiud i sonatin. To pani inżynierowa udzielała "lekcji muzyki na fortepianie za opłatą przystępną". Nie ma to jak bogaty teść!

  Białostoczanie zawsze byli złaknieni mocnych doznań artystycznych. Przeto wielkim wydarzeniem w mieście okrzyknięto w 1926 roku dwa seanse filmowe "monumentalnego arcydzieła świata w 2-ch seriach i 14 aktach - Ostatnie dni Pompei". Uważano, że jest to "cud reżyserii i techniki". 

  Głównymi obrazami tego cudu był wybuch Wezuwiusza, a dalej następowało trzęsienie ziemi, a po nim bachanalie, uczty i walki gladiatorów. Dzieło w "cenach niepodwyższonych" wystawiono w kinie "Apollo" przy Sienkiewicza. Ilustrację muzyczną "specjalnie dostosowaną do filmu" wykonywała zakontraktowana na te spektakle orkiestra symfoniczna. Białostoccy muzycy wystąpili pod batutą miejscowego maestro D. Gurwicza. Wyobrażacie sobie Państwo symfoniczny wybuch wulkanu albo rzymską ucztę ilustrowaną dźwiękami skrzypiec, fletów i... tuby?

  Mieliśmy też kim pochwalić się w szerokim świecie. W 1921 roku Białystok oczekiwał na przyjazd słynnej tancerki Wali Górcewiczówny. Dziewczynka miała zaledwie 13 lat, a już "z wielkim powodzeniem występowała w Białogrodzie Serbskim, Konstantynopolu i innych miastach zagranicznych". W tych tanecznych popisach pomagały jej "wybitne siły sceny warszawskiej". Ale zanim nasza Wala zawitała w rodzinne strony to...

  W sobotni wieczór 1 października 1921 roku w teatrze Palace (stał za pałacykiem gościnnym nad Białką) zjawił się cały kulturalny Białystok. Powodem był nadzwyczajny wielki koncert. Do Białegostoku na jeden występ przyjechał "król tenorów" Ignacy Dygas. To była naprawdę europejska sława.

  To właśnie Dygasowi w 1927 roku przypadł w udziale narodowy obowiązek zaśpiewania i nagrania wzorcowej wersji wprowadzanego właśnie ustawą Sejmu RP nowego hymnu - "Jeszcze Polska nie zginęła". Ale z afiszów, które wisiały po całym mieście, wynikało, że będzie to "wieczór Trzech Króli". Z Dygasem zjawił się bowiem nad Białką wyborny pianista, profesor Jerzy Żurawlew - późniejszy inicjator konkursów chopinowskich i wspaniały aktor Józef Węgrzyn.Ten niezapomniany wieczór z pewnością złagodził obyczaje wśród 900 słuchaczy, którzy zasiedli w pięknej sali Palace.


Andrzej Lechowski

Hotel Ritz kontra konkurencja



  W 1934 roku z letniego pobytu w Białymstoku na pewno nie mogli cieszyć się ci, którzy postanowili zatrzymać się w "pierwszorzędnym domu noclegowym" E. Kruglaka, który mieścił się w kamienicy przy Lipowej 19.   Przedsiębiorczy właściciel, korzystając z wyśmienitej lokalizacji wabił potencjalnych klientów reklamami, które zamieszczał nawet w grodzieńskich gazetach. Informował, że oferuje im "pokoje umeblowane ze wszelkimi wygodami". Przezornie nie wymieniał ich, bo któżby mógł z ogłoszenia odgadnąć, co znaczy pojęcie wygód według Kruglaka.

  Niestety szybko przekonywał się o tym już na miejscu. Ci, którzy podjęli ryzyko noclegu przy Lipowej wnet konstatowali, że "gospodarz nie dba o zasadniczą czystość w pokojach lub koło łóżek". Gdy zaczynali szukać zapowiedzianych wygód w postaci ubikacji i łazienki to ze zdumieniem stwierdzali, że ich wcale nie ma.   Najbardziej uparci higieniści, po poszukiwaniach i interwencjach dopuszczani byli "do brudnej kuchni pod kran wodociągowy". Wymyci i wyszykowani do snu mogli jeszcze przeczytać w pokoju, umieszczone "w ramce pod szkłem przepisy sanitarno-hygjeniczne". 

  Pouczeni lekturą przeżywali kolejny wstrząs podejmując próbę położenia się do łóżka. "Pościel układana na łóżka o szarej godzinie, była brudna, koce i prześcieradła zawszone". Gdy gość owego "pierwszorzędnego domu noclegowego", w końcu legł w nieświeżych pieleszach starając się nie patrzeć w co się kładzie, to i tak nie zmrużył oka do świtu, bo atakowały go "chmary pcheł i pluskiew".    

  Po takiej, pełnej wrażeń nocy spędzonej w centrum wojewódzkiego miasta, goście "nad ranem opuszczają ten lokal o zł. 1.50 biedniejsi, ale równocześnie i o kilkadziesiąt pcheł i innych insektów w bieliźnie bogatsi". No, takich wspomnień z wakacyjnych wojaży nikomu życzyć nie należy.

  Co innego gdy podróżny trafił dajmy na to do Ritza. Tu było wszystko, ale nie kosztowało złoty pięćdziesiąt. Za sam obiad w wyśmienitej hotelowej restauracji trzeba było wysupłać złoty siedemdziesiąt pięć. Składał się on aż z czterech dań, ale co to były za dania! Zaangażowany do Ritza w 1924 roku "znany szef kuchni Hotelu Europejskiego w Warszawie" gwarantował rozkosze podniebienia. 

 Z zup, jednego dnia, były do wyboru neapolitańska bądź rosół z pasztecikami. Przed głównym daniem, na przystawkę, polecano szczupaka po żydowsku i sztukę mięsa w sosie metrdotel. Gdy smakosz uporał się z tymi frykasami to przed nim zaczynała rozbrzmiewać istna symfonia smaków. 

  A jakie zapachy. W karcie wykaligrafowane były " gęś z kapustą, rozbef po angielsku, frykado cielęce, szaszłyk z ryżem, sznycel wieprzowy". Nie wiadomo co wybierać. A jeszcze czekał deser w postaci "szarlotki z jabłek" i obowiązkowa kawa lub herbata.

  Ale to tylko niewielka próbka atrakcji. Miał bowiem szef ritzowskiej kuchni pokaźny arsenał. Innego dnia mięso doprawiał sosem cebulowym. Do zupy jarzynowej dodawał "profitradki", a do rosołu wrzucał kluski francuskie. 

  Pieczeń ułańska robiła zasłużoną furorę wśród miejscowych oficerów, a szwajcarskim budyniem z soków delektowały się białostockie dystyngowane damy. Potrafił ów europejski kucharz wyczarować egzotyczne potrawy. Takiej zupy cytrynowej to i sam Branicki nie jadał. Gdy trzeba wprowadzał nastroje narodowe serwując "w niedziele i czwartki flaki po polsku". Sięgał do przebogatej wielokulturowości kulinarnej szykując kołduny litewskie i pasztet w sosie tatarskim. Służbistom polecał zaś wołowinę po obywatelsku (!?)

  Ale nie samymi kulinariami słynął Ritz. Gdy przybysz miał odrobinę szczęścia mógł być też uczestnikiem pokazu mody. Ot choćby jesienią 1924 roku od godziny 11 do 18 prezentowano w hotelu "modele paryskie kapeluszy, sukien i okryć".

  No i do tego wszystkiego eleganckie pokoje z bieżącą ciepłą wodą, winda, nocny klub w piwnicach, kino, buzna, fryzjer, jednym słowem luksus Jakby tego wszystkiego było mało, to dyrekcja hotelu dbała aby w każdym sezonie występowali inni artyści bawiący gości nowym repertuarem. Pojawiały się więc, a to "pięknie tańczące Galy Ilson i Cali Garry", a to komik i świetne ritzowe orkiestry.

  Tak więc w Ritzu warto było wydać wielokrotność złoty pięćdziesiąt. Wrażeń i wspomnień starczyło na zbliżające się nostalgiczne jesienne wieczory.


Andrzej Lechowski 

Kasztanowce duma Białegostoku

   W Europie drzewo to po raz pierwszy podziwiano w 1576 r. w cesarskich ogrodach Wiednia. Sprowadzono je tam ze Stambułu. W Polsce pojawiło się jako ozdoba magnackich rezydencji na początku XVIII wieku.

  Branicki nie mógł przegapić nadciągającej mody. Najpierw w 1737 r. doniesiono mu, że w pewnej wsi "pod Janowem" niejaki szlachcic Trojanowski ma "małe drzewka kasztanowe" Hetman natychmiast polecił ich zakupienie. Ale jednocześnie dowiedział się, że mąż jego siostry Krystyny, podskarbi nadworny litewski Józef Sapieha, w swoich dobrach w Boćkach też ma już kasztanowce.

  Natychmiast Branicki wysłał do szwagra swego zaufanego podstolego halickiego Józefa Kurdwanowskiego, aby ten "przymówił się" o drzewka. Ale wyszły z tego przymawiania, jak to często pomiędzy szwagrami bywa, nici. W związku z tym jeszcze w tym samym 1737 r. wysłannicy Branickiego kupili w Gdańsku 150 drzewek. 

  Posadzono je w ogrodzie, tworząc szpaler zakończony malowaną perspektywą. Zaczynał się on za pawilonem włoskim, czyli tym, który stoi dziś na pograniczu boisk za akademikiem medyków (o zgrozo, ponoć są plany, aby tam budować kolejne budynki. Niech ręka boska broni!). Widzący ten szpaler znany osiemnastowieczny podróżnik Fryderyk Schulz pisał, że to aleja, "nad którą piękniejszej nie przypominam sobie, abym widział". 

  Inne kasztanowce zasadzono przy jednej z białostockich ulic. Może była to ulica Warszawska, wówczas zwana Neustadt (Nowe Miasto). Na starych fotografiach widać na niej szpaler kasztanowców. Czyżby to była tradycja sadzenia tych drzew właśnie tu? Rozmiłował się w kasztanowcach Jan Klemens. W 1748 r. w Królewcu zakupił ich kolejną partię.

  Tak to lata temu w białostockim krajobrazie, ku jego ozdobie, a za sprawą Jana Klemensa Branickiego, pojawiły się te wspaniałe drzewa. Na wiosnę towarzyszą maturzystom, jesienią są największymi przyjaciółmi przedszkolaków.

  Nikt przez całe dziesięciolecia nie myślał, że... No właśnie. W 1916 r. Białystok okupowali już Niemcy. W skutek ich rabunkowej gospodarki w mieście zaczął szerzyć się głód. Rozpoczęto reglamentowanie żywności, w tym pieczywa.

  Mieszkańcom wydano kartki na chleb. Wyliczono, że dzienna porcja wynosić powinna około pół kilograma na głowę, czy raczej na gardło. Początkowo stać było okupanta na pewne zbytki. W swej "hojności" przewidział nawet przydział specjalnej mąki na macę. Wkrótce wszystkie te plany prysły jak bańka mydlana. Po prostu nie starczało, wywożonej do Niemiec, mąki. Wymyślono więc, że do chleba dodać można mielone otręby, sieczkę i słomę, a nawet siekane buraki. Wypieczony z tego bochenek wyglądem i konsystencją przypominał cegłę!

  Jesienią 1916 r. z białostockich kasztanowców zaczęły sypać się kasztany. Takiej nadarzającej się okazji skrupulatni Niemcy przegapić nie mogli. Natychmiast wydali więc stosowny okólnik, w którym stwierdzono, że "pod karą grzywny nie wolno niszczyć kasztanów". I dalej komendant miasta rozkazywał. "Wszyscy, którzy są właścicielami drzew kasztanowych lub kasztany znajdą" (!) są zobowiązani dostarczyć je do punktu skupu. Wyznaczono go w gmachu monopolu spirytusowego na rogu Warszawskiej i św. Wojciecha, wówczas Monopolowej. 

  Za każdy dostarczony kilogram kasztanów płacono niewielką kwotę. Następnie kasztany suszono, mielono i... już była mąka. Białostoccy piekarze nazwali tę kasztanówkę "substancją chlebotwórczą". Mieszano ją z niewielką ilością prawdziwej mąki, dodawano sieczki, słomy i chleb był gotowy (?).

  Tak to historia czasem wykręca piruety. Branicki sprowadził kasztanowce dla fanaberii, nie myśląc przecież, że z tej "mąki" będzie jakikolwiek chleb. A nam pozostało tylko dbać o te piękne, historyczne w Białymstoku drzewa.


Andrzej Lechowski

Miś Białostocki

   Z napisu wykonanego ołówkiem na odwrocie zdjęcia wiadomo tylko jedno, scena ta miała miejsce w Białymstoku 17 maja 1959 r. Z kolei tło wskazuje na park, a może i na Zwierzyniec. Głosuję za tą drugą wersją, bo przecież misie najlepiej czują się w gęstwinach leśnych.

  Chłopczyk ma minę, która wyrażała w pierwszej kolejności strach, w drugiej dopiero domieszkę radości. W dodatku nie wiadomo, czy była to radość z powodu kontaktu z olbrzymem, czy siedzenia na rowerku, o jakim marzyli chłopaki z Białegostoku i przedmieść.

  Była nadto ceniona spółdzielnia (inwalidów), produkująca masowo misie i to chwalebnie, bo na eksport, czyli za waluty obce. A jeden z moich sąsiadów sam taki eksport prowadził. W tym jednak przypadku pluszowy miś jego syna służył do przemycania zaszytych w środku złotych pierścionków i bransoletek, przewożonych zza "zaprzyjaźnionej granicy". Zasłużoną popularnością cieszyły się ponadto bajki z misiem w roli głównej, niekoniecznie dla grzecznych dziatek.

  Mieszkający w innych miastach musieli jechać do Zakopanego, by na deptaku lub przy stacji kolejki szynowej na Gubałówce zrobić sobie zdjęcie z misiem. Białostoczanie mogli czuć się uprzywilejowani, bo to miś przyjeżdżał do nich. Towarzyszył mu fotograf , były też deficytowe rekwizyty. Najczęściej ponoć ten misiek polował na ofiary w okolicach kina Pokój.

  Pan Marek wyznał mi, że był wtedy zakochany po uszy w dziewoi pięknej jak cudzoziemska księżniczka. Był maj, pachniały bzy, ptaszki kwiliły, zachęcając do moszczenia gniazdka. Ta sielanka miała jednak dramatycznie słaby punkt, pan Marek był za przeproszeniem goły jak święty turecki. A miś dysponował perfekcyjne opracowanymi, na poły dzikimi metodami. 

  Podszedł cichutko z tyłu, zarzucił znienacka swe kończyny górne (znaczy się ręce z łapami) na szyję Marka i księżniczki, przycisnął swawolnie. Pstryk i jest pamiątka. Pozostawał drobiazg, skąd wziąć pieniądze na wykupienie zdjęcia. I tak grasował pan miś z panem foto-artystą na pryncypialnej ulicy w centrum miasta.

  Mógł to być zwiastunek nowych czasów, bo po polskim (gomułkowskim) październiku zaczęła się ożywiać prywatna inicjatywa. 


Adam Czesław Dobroński

Przedwyborcze strajki w restauracjach

   Gdy przychodzi tak zwany rok wyborczy, to wraz z oczekiwaniami na zmiany rosną, co oczywiste, apetyty. Jedni tylko rozmyślają, oddając się błogim marzeniom, inni natomiast, którzy czują własną siłę, podejmują bardziej radykalne działania, wśród których strajk wydaje się im najskuteczniejszym orężem. Nie patrzy się wówczas na żadne realia. Najważniejsze jest hasło - walczyć!

   W 1919 roku białostoczanie mogli przeczytać skierowany do Polaków apel Herberta Hoovera, który w latach 1929 - 1933 był prezydentem USA, ale wcześniej zaangażowany był w pomoc humanitarną tak potrzebną Polsce po odzyskaniu niepodległości. Po zakończeniu wojny światowej był odpowiedzialny za sprawy wyżywienia w wyniszczonej wojną Europie.

  Apel miał jednoznaczny tytuł - "Do pracy", a dalej Hoover nie pozostawiał najmniejszych złudzeń pisząc, że "rok nadchodzący będzie dla całego świata rokiem ściągania pasa. (…) Polscy obywatele stają teraz wobec pytania, czy mają cierpliwość do wywiązania się z tych olbrzymich zadań bez posunięcia się ku krańcowemu radykalizmowi względnie reakcji". Jednocześnie przestrzegał, że "żaden rząd nie może posunąć się do bezwzględnego radykalizmu i potem wrócić do równowagi, nie stwarzając najokropniejszej nędzy".

  Ale kto by przejmował się takim czarnowidztwem. Białostocką kontrą do tego apelu był między innymi strajk kucharzy miejscowych restauracji. Żądania były jak najbardziej słuszne, ale czy realne? W połowie sierpnia 1919 roku zrzeszeni we własnym związku kucharze wystąpili do restauratorów z żądaniem tygodniowych podwyżek wynagrodzenia o 150 - 200 marek. Dodatkowo żądali 6 marek za każdą dodatkową godzinę pracy i trzymiesięcznego trybu wypowiadania umów.

  Restauratorzy nie mogli spełnić tych warunków. W efekcie tej patowej sytuacji po Białymstoku zaczęła krążyć grupa delegatów związkowych składająca się z kucharzy, "którzy sami nigdzie nie pracują" i "zabierała z kuchen restauracyjnych kucharzy". Oburzenie restauratorów i konsumentów było ogromne. No bo jak to? Ktoś czekał na zamówionego sznycla, a tu zamiast niego dostawał komunikat, że kucharz "zabrany" i jest strajk. Sami kucharze też zaczęli kręcić nosami na taką formę protestu, bo jako stały dodatek do pensji otrzymywali codziennie "śniadanie, obiad i wieczerzę", ale jak zastrajkowali, to kto to miał im przyrządzić?

  Wkrótce jednak sytuacja została opanowana, choć i w następnych latach strajki personelu w białostockich lokalach gastronomicznych zdarzały się często. Przyczyny były najczęściej takie same.

  Ale to co wydarzyło się w zimie 1936 roku, przekroczyło wszelkie normy. Białystok aż kipiał z oburzenia dowiedziawszy się o praktykach stosowanych w bufetach na dworcu kolejowym. Prowadzenie tych lokali było intratnym interesem. Potencjalni dzierżawcy bili się o podpisanie umowy, a następnie, gdy już ją mieli, to chcieli szybko osiągnąć maksymalne zyski przypuszczając, że kolejna umowa będzie podpisana z innym kandydatem.

  Bywało więc w tych bufetach różnie, ale to co wyprawiał dzierżawiący je Józef Dyrlacz, przekroczyło normy przyzwoitości. Jak pisano "w stosunku do swoich pracownic stosuje niesłychany wprost wyzysk". Kobiety zatrudnione w jego bufetach pracowały po 12 - 13 godzin na dobę za 1 złotówkę dziennie. Uważano, że Dyrlacz wykorzystuje wysokie bezrobocie panujące w mieście, a na skargi i prośby miał jedną odpowiedź - "nie podoba się? - won!" Tu nawet strajki nic by nie pomogły. W tak dramatycznej sytuacji pozostawało jedynie współczuć .

  Ale gdy w tym samym 1936 roku wybuchł w Białymstoku strajk w Cafe - Lux, to wzbudził tylko żarty. Można też zapisać go w annałach miejskiej anegdoty. Cafe - Lux była popularną cukiernią, którą w maju 1927 roku otworzyła Estera Sztejn. Lokal znajdował się w nieistniejącym już dziś budynku przy Sienkiewicza 38. Jak twierdzono, urządzony był "na modłę europejską". Jedną z jego atrakcji były nader przystojne kelnerki. Wieczorami trudno było znaleźć tu wolny stolik. Całe miasto wiedziało, że w Luxie odbywają się "randes - vous miejscowej inteligencji".

  Oprócz sali, w której popijając aromatyczną kawę raczono się miejscowymi ploteczkami, były oddzielne sale do tańca i do gry w karty. Tą ostatnią szczególnie upodobała sobie miejscowa złota młodzież. I tu trudno było znaleźć wolne miejsce. Grano głównie w brydża, ale nie stroniono od pokera, a amatorzy szybkich wrażeń zgrywali się w popularne oczko.

  I oto nagle, w pewien sobotni wieczór, tuż po sylwestrze 1936 roku, gdy w sali byli już wszyscy gracze, to zamiast siąść do tasowania krat, rozpoczęto wiec. Wkrótce okazało się, że było tylu chętnych do wiecowania, że całe towarzystwo musiało przejść do większej sali tańców. Tu jeden z mówców podniesionym głosem perorował, że przez Białystok przelewa się fala strajków, wobec której nie można być obojętnym. Inni karciarze zauważyli też, że znacznie spadły ostatnio koszty utrzymania. 

  Kolejny mówca podniecał słuchaczy, krzycząc, że gdy ceny chleba, cukru, soli, węgla spadają, to należy stanowczo żądać obniżki opłat za grę w karty w Luxie! Manifestanci ochoczo spisali swe postulaty i przedstawili je kierownictwu lokalu, a następnie proklamowano strajk! Karciarze wybrali popularną wówczas wersję strajku polskiego. W ich wydaniu wyglądał on tak, że przy stolikach siedzieli brydżyści, pokerzyści i oczkowcy, ale "bezczynnie z założonymi rękami nie opuszczając warsztatów pracy" i cierpliwie czekali na decyzję kierownictwa Luxu.

 Ale szybciej zareagowała opinia publiczna. Kpiono sobie z karciarzy, a jeden z miejscowych publicystów w kabaretowej manierze napisał, że "chodzą słuchy po mieście, że w tych dniach zastrajkować mają wszystkie parkany białostockie. Tłem strajku jest podobno fakt, że parkany są oburzone na swoich właścicieli z racji zupełnego zaniedbania. Nadto mają wnieść rezolucję domagającą się u władz, ażeby zechciały wniknąć w ich aż nazbyt widoczną niedolę, na co wskazuje sam wygląd parkanów. Po strajku z Luxu będzie to drugi z rzędu oryginalny strajk". 


Andrzej Lechowski 

Ignacy Mościcki przejazdem przez Białystok

    Ciekawe zdjęcie, sygnowane przez A. Gulińskiego. Może uda się ustalić realia tej wizyty. W tle widać białostocką fontannę, czyli wodotrysk koło Ratusza. Dwa okazałe samochody jadą ulicą Lipową.

  Proszę przyjrzeć się kamiennemu "rondlowi" wystającemu ponad bruk. To był postument dla policjanta, który mógł go wykorzystać dla kierowania ruchem. Wiemy, że znajdował się tuż przy wylocie ulicy Sienkiewicza, a więc opis miejsca się zgadza. Bohaterowie zdarzenia też nie budzą wątpliwości.

  Na tylnym siedzeniu pierwszego automobilu (z orłem na masce!) siedzą: prezydent II RP prof. Ignacy Mościcki i wojewoda białostocki Marian Zyndram-Kościałkowski. Obaj patrzą na grającą orkiestrę 42. pułku piechoty. W dostojników z kolei wpatrzeni są uczniowie tworzący szpalery i liczni mieszkańcy.

  Niektórzy panowie podnieśli czapki w powietrze, zaś kilka dziewcząt wzniosło na pozdrowienie wysoko do góry lewe ręce. Dobrze, że nie prawe, bo ten gest w następnych latach bardzo źle się kojarzył Polakom.

  Oficerowie salutują, panie komentują, obecny w tłumie policjant stoi jak opoka, a na pewno nie zabrakło i funkcjonariuszy w cywilu. Żadnych flag, napisów, jednym słowem - poprawnie, ale bez nadmiaru entuzjazmu.

  W tym miejscu mały komentarz do osoby pana prezydenta. Był znakomitym uczonym (chemikiem), postacią bardzo szanowaną z racji działalności niepodległościowej, jednak stopniowo tracił popularność. Za bardzo polubił luksus, nie stał się mężem opatrznościowym narodu, wypominano mu słabostki, w tym ślub z młodą żoną oficera wysłanego do zielonego garnizonu (Piłsudski miał wówczas powiedzieć, że jak kto chce łyżki miodu, to nie musi wchodzić w posiadanie całego ula.). Rosło grono Ignaców, czyli siódmych synów w rodzinie, których prezydent za pośrednictwem urzędników podawał do chrztu i uposażał w książeczki oszczędnościowe.

  W Białymstoku Ignacy Mościcki bawił dość często, ale z bardzo prozaicznej przyczyny. Przejeżdżał przez nasze miasto w drodze na "urzędowe polowania" w Białowieży. Wiemy, że tak się działo m.in. 13 marca 1932 roku i 13 września 1933 roku, kiedy wojewodą był właśnie wielce zasłużony dla Białegostoku Zyndram Kościałkowski, potem m.in. komisarz miasta Warszawy, minister, nawet premier. Z tych dwóch dat bardziej adekwatną wydaje mi się wrześniowa, bo dzień utrwalony przez fotografa był upalny.

   I na koniec pytanie nazbyt dociekliwe: kto mógł jechać w drugim samochodzie i ewentualnie następnych wozach? Aż boję się domyślać, bo w Białowieży polowali z prezydentem RP i późniejsi zbrodniarze zza zachodniej granicy.


Adam Czesław Dobroński 

Rynek przy ulicy Bema

    "Tłum, przepychanie, głośne pokrzykiwanie, kolorowe stragany, skrzynki, worki, zapach mokrego owsa, piwa, końskiego łajna, kiszonej kapusty..."

 "Targowisko w centrum Białegostoku nie wyróżnia się niczym spośród innych. Chociaż podobno można tu taniej kupić samowar prosto z Tuły, parę dorodnych prosiaków, srebrną monetę, złoty pierścionek z najprawdziwszymi brylantami. Ale nie jest to takie pewne. Wszystko tu sprzedasz, wszystko tu kupisz! To zawołanie, które należy do tradycji handlu, ułatwiając uczciwym ludziom życie - wykorzystują nieuczciwi dla swoich interesów. Jak świat światem, na bazarach zawsze pojawiali się oszuści, handlarze bez uprawnień, paserzy, złodzieje..."

  Tak opisywał nasze targowisko 19 czerwca 1977 roku Artur Rutkiewicz w branżowym tygodniku milicji i SB "W służbie narodu". Artykuł ten  ciekawie opisał na lamach naszej lokalnej prasy pan Mieczysław Skrodzki, który był wówczas kierownikiem, czyli komendantem I komisariatu przy ul. Lipowej.

 "W Białymstoku było wówczas pięć komisariatów, ten przy Lipowej należał do najbardziej obciążonych" - opowiada - "Obejmował całe centrum, jedną trzecią miasta. I do tego jeszcze targowisko. Specyfika tego miejsca powodowała, że zbierała się tu i cała śmietanka kombinatorów, cwaniaków, którzy tylko czyhali na naiwnych klientów. 

  Nie brakowało więc zgłoszeń na komisariacie. Skończyłem akurat studia, miałem tytuł magistra i stopień kapitana, komendant wojewódzki zaproponował mi to stanowisko. Pracowałem tu sześć lat, nikt tyle nie wytrzymał "- uśmiechał się dumnie w materiale Pan  Mieczysław "Milicjanci pojawiali się systematycznie na bazarze. Na takie patrole chodził często starszy sierżant Zdzisław Zinówko."

"Mój kolega, świetnie sobie radził, wyłapywał podejrzanych. Miał dobrego nosa, zatrzymuje dajmy na to jakiegoś gościa, przesłuchuje go, a tu się okazuje, że facet ma na sumieniu wiele sprawek."

  W artykule dzielnicowy jest pokazany w akcji. Przyznaje, że rynek Bema to dla niego najtwardszy orzech do zgryzienia ,ale oczywiście radzi sobie dobrze. Przez dwa lata odkąd jest tu dzielnicowym, ujął na gorącym uczynku kilkunastu złodziei i paserów. Chwalił się dziennikarzowi - "...spostrzegłem na bazarze mężczyznę, który sprzedawał gwintownice. Przypomniałem sobie, że takie gwintownice zginęły podczas włamania do piwnicy przy Lipowej. Zatrzymałem więc faceta i zaprowadziłem do komisariatu. Przyznał się do kilkudziesięciu włamań, wydał wspólników. Odnaleźliśmy u nich skradzione towary: narzędzia, wózki dziecinne, rowery, części do pojazdów, warte to było około 100 tysięcy złotych."

  Taki był Rynek Bema -każdy czerpał  z bycia  na nim  jakąś satyswakcję - jak  Alicja po dwóch  stronach jednego lustra .


RM

Właścicielka tego domu przeżyła holokaust

    W okolicy skrzyżowania ulic Częstochowskiej i Lipowej moją uwagę (sądzę, że i wielu białostoczan) przykuwał zawsze dom przy ul. Częstochowskiej 3.

  I nie mówię o nowej kolorystyce (skądinąd budzącej pewne kontrowersje), ale o jego specyficznym położeniu - nieco ukośnie w stosunku do ulicy, wciśnięty obok powojennego bloku, nie pasuje zupełnie do najbliższego otoczenia.

  Nic w tym dziwnego. To jeden z ostatnich przykładów dawnej zabudowy nieistniejącego przebiegu ul. Częstochowskiej. Myślę, że niejedna osoba stawiała sobie pytania o dzieje budynku. Jeśli tak, to spieszę udzielić na nie odpowiedzi. Oto historia domu przy ul. Częstochowskiej 3.

  Miejsce zajmowane dziś przez ten budynek długi czas było niezagospodarowane. Stanowiło zaplecze jednej z posesji przy ul. Lipowej. W 1810 r. należała ona do Bartłomieja Warony, który zmarł tuż przed 1825 r. Później prawa własności uzyskał Michel Zabłudowski. Po jego śmierci nieruchomość przeszła na żonę Adajkę i jego dwóch synów - Szmula i Mejera. 15 czerwca 1888 r. majątek Zabłudowskich wystawiono na publiczną licytację. Nabywcą został białostocki handlarz wełną, Zelik Kanel.

  2 czerwca 1895 r. Kanel zdecydował się na sprzedaż dwóch części swojej nieruchomości. Jedną nabyła Raisa Sołowiejczyk, żona znanego białostockiego fotografa (później był to majątek przy ul. Częstochowskiej 1 - o nim opowiem innym razem). Drugą nabyli małżonkowie Abram Chaim i Dwejra z Majzlerów Sadykierowie. Co ważne, w każdym z aktów własności Zelik Kanel zastrzegał, aby nabywcy pozostawili na terenie swoich własności przestrzeń na potrzeby wolnego przejścia i przejazdu. Był to wynik odgórnego wytyczenia w 1877 r. nowej ul. Wileńskiej, którą kilka lat później przekształcono w ul. Częstochowską.

  Na kupionej od Kanela działce małżonkowie Sadykierowie jeszcze tego samego 1895 r. zbudowali zachowany do dziś dom. Inwestycja była możliwa dzięki wysokiej pożyczce udzielonej przez Adolfa Brauneka (znanego producenta kapeluszy).

  Warto dodać, że Sadykierowie wywodzili się z Warszawy. Mieszkali w Białymstoku już w 1890 r. i mieli trzy córki: Leję (1891), Michlę (1892) i Sonię (1900). Właścicielami posesji przy ul. Częstochowskiej pozostawali do 1906 r.

  W rezultacie zaprzestania spłaty zaciągniętych pożyczek bank zlicytował ich nieruchomość. Nie zgłosił się jednak żaden chętny kupiec, dlatego Petersbursko-Tulski Bank Ziemski (w którym Sadykierowie byli zadłużeni), przejął na własność cały majątek. Dopiero 8 maja 1909 r. odkupił go od banku Łazarz Kantorowicz.

  Nowy właściciel pochodził ze Słucka, a w Białymstoku przemieszkiwał już w 1898 r. (tu urodził się jego syn Mojsiej). Najpewniej jako kupiec podróżował w tym czasie między miastami w celach biznesowych. Dopiero po nabyciu w 1909 r. nieruchomości osiedlił się w Białymstoku, pozostając tu na kolejne dekady. Być może już na początku XX w. prowadził przy ul. Stawowej fabrykę tapet. Działała ona nadal w 1938 r. przy ul. Świętojańskiej 3.

 

   W 1915 r. w domu Kantorowicza mieszkali: Aleksander Bomasz, Tewel Mines, Józef Szkurow i Szloma Wilner. Z tego grona najciekawszą postacią był na pewno Aleksander Bomasz. Urodził się on w 1862 r., a z wykształcenia był prawnikiem - pracował jako przysiężny pełnomocnik na Białystok, delegowany przez Sąd Okręgowy w Grodnie. Znany był też ze swojej działalności dobroczynnej (należał do "Linas Hacedek", odpowiadał za punkt opieki "Somech-Noflim"). Jego starszy brat Jakub był lekarzem specjalizującym się w chorobach wewnętrznych i dziecięcych.

  Drugi z lokatorów, Tewel Mines, około 1920 r. kupił od Łazarza Kantorowicza całą nieruchomość przy ul. Częstochowskiej 3 (stosowny akt nie zachował się). Jedno z mieszkań zajmował brat Tewela, Mejer, żonaty z Idą. Prowadzili oni pracownię i sprzedaż rękawiczek, którą założyli jeszcze w 1914 r. Tewel zmarł w 1938 r., a w wyniku procesu sądowego wszelkie prawa do majątku uzyskał Mejer Mines.

  W okresie międzywojennym mieszkania w domu Minesów wynajmowali m.in. Abram Tyktin (właściciel cegielni w miejscowości Kozowszczyzna, znany w Białymstoku działacz społeczny) i Chaim Wajnsztadt (współwłaściciel sklepu komisowego przy ul. Sienkiewicza 22). W 1932 r. na parterze budynku niejaki Zelwiński miał punkt sprzedaży wełny.

  Dom przy ul. Częstochowskiej 3, razem z sąsiednim budynkiem pod nr 5, przetrwał w stanie nienaruszonym okres II wojny światowej. Ida Mines przeżyła holokaust. W listopadzie 1945 r. złożyła do Sądu Grodzkiego wniosek o odzyskanie praw własności do majątku pozostałego po śmierci Mejera.

  14 lutego 1946 r., po kilkukrotnym odraczaniu sprawy, sędzia nakazał "wprowadzić ją w posiadanie omawianej nieruchomości". Postanowienie nie zostało spełnione - Ida Mines nie wróciła do domu przy Częstochowskiej. Wkrótce wyjechała z Polski. Pozostała po niej własność weszła do zasobów Miejskiego Zarządu Budownictwa Mieszkaniowego.  W 1952 r. w domu tym żyło łącznie 36 osób. Do dzisiaj pełni on funkcje mieszkaniowe.


Wiesław Wróbel 

Zimą ludzie kradli na opał

     Dawała się we znaki zima naszym przodkom, mroziła drzewa w sadach (pękały z hukiem), wyniszczała zwierzynę w lasach i zasiewy na polach, zaspy na całe tygodnie blokowały drogi i uniemożliwiały dostawy żywności. Dochodziło do tego, że zamarzały studnie, po podwórzach chodziło się jak w tunelach, a dziatwa mogła staczać się lub zjeżdżać z dachów jak z górek.  

  Bywało jednak i zupełnie na odwrót, Podlasiak Zygmunt Gloger odnotował, że 26 stycznia 1552 roku zaczęto pod Gdańskiem orać pola, a w 1702 roku w lutym kiełkowały z ziemi wiosenne kwiaty. 5 lutego 1831 roku wojska rosyjskie ruszyły z okolic Białegostoku (feldmarszałek Iwan Dubicz kwaterował w pałacu Branickich), by poskromić powstańczą Warszawę, ale po dojściu do rzeki Bug okazało się, że zapanowała odwilż. Trzeba więc było budować tratwy dla przeprawienia dział i wozów, a piechota zdołała przejść po słomie kładzionej na pękający lód.

  Teraz ledwie poprószy śnieg i zaczerwienią się nosy, już słychać, że mamy zimę stulecia.  Dziadek wspominał luty 1929 roku z temperaturą poniżej minus 40 stopni, białostoccy sybiracy będą do końca życia pamiętać zimę z 1939 na 1940 rok

  O zimie, która dobiła towarzysza Edwarda Gierka i jego ekipę pamięta już wielu naszych.  Nawet czołgi nie mogły sobie poradzić z lodem na drogach i torach. Ale były i akcenty radosne, bo był taki sylwester - który to był rok? - że z powodu gołoledzi tylko nieliczne pary dotarły na sale balowe, więc można było jeść i pić za trzech.

  Zajrzyjmy do niedocenianego "Echa". W 1933 roku jeszcze trwał wielki kryzys ekonomiczny, a już w połowie listopada straszono, że w okolicach Białegostoku pokazały się wilki i to "koniarze", rzucające się na konie. Takie bestie miału stanowić zwiastun wyjątkowo mroźnych tygodni. Miesiąc później znaleziono na jednej z białostockich ulic zamarzniętego mężczyznę i groziła mu amputacja nogi. 

  Z myślą o "bezdomnych nędzarzach" otwarto dom noclegowy przy ul. Wesołej 9, zwiększono również ilość porcji wydawanych przez tanie kuchnie. Urzędników zaś zmroziła okrutnie wiadomość, że stolica województwa zostanie przeniesiona do Grodna. Pod koniec grudnia nastroje się uspokoiły, szykowano się na bale, na Nowym Mieście wykryto gorzelnię, ale tylko z 10 litrami zacieru.

  W końcu 1934 roku o zimie jakby zapomniano, widać nie dokuczała, za to około 10 stycznia następnego roku złapał siarczysty mróz, a szacowano, że w Białymstoku mieszka pół tysiąca dzieci bez palt i niewiele mniej bez butów. Szybko jednak, bo po dwóch tygodniach zaczęła się odwilż, staw na Marczuku wystąpił z brzegów i zalał ulice oraz bliżej położone domy. Narzekano powszechnie na kłopoty z opałem, węgiel był za drogi, a drewno za mokre. W tej sytuacji co biedniejsi nie szukali daleko ratunku.

  Dziennikarz skomentował szpetny proceder następująco: "Białystok stanowczo różni się od wielu innych miast. W Warszawie np. giną dziewczęta, w Psiej Wólce klacze ze stajen, w Paryżu akta MSZ, w Nowym Jorku samochody, a w Białymstoku - płoty". 

  Niewiele mógł w tej mierze zrobić Miejski Komitet Pomocy Zimowej mieszczący się przy Alei Józefa Piłsudskiego (ul. Lipowa) 54. Był takowy i na szczeblu wojewódzkim, wspierało go również wojsko, do zbiórek włączali się harcerze i młodzież szkolna, o potrzebujących starano się pamiętać w parafiach.


Adam Czesław Dobroński 

Jak przygoda, to tylko na Marmurowe

    Chanajkowska ulica Marmurowa liczyła około 20 numerów. Łączyła ona ze sobą ulicę Brukową ze Stołeczną. Tak, jak w innych częściach Chanajek królował tutaj występek. Rządzili sutenerzy, pijani dorożkarze i tragarze, pokoleniowe rodzinki złodziejaszków. Co i rusz wieczorami, było słychać głośne krzyki: Mordują, zabijają! To wrzeszczeli przybysze z miasta, którzy zabrnęli tutaj w poszukiwaniu płatnej miłości, a trafiali na rządzących ulicą chojraków. Niekiedy słychać było nawet strzały z rewolweru.

  Pod koniec 1933 roku przodownik policji Doskowski, będąc już po służbie, zmierzał z Marmurowej na IV komisariat. Usłyszał pobliskie wołanie o pomoc. Pobiegł w kierunku krzyków. Pomimo zapadającego zmroku dostrzegł dwóch osobników bijących trzeciego. Widząc nadbiegającego policjanta, opryszki bez wahania rzucili się na niego. Ten sięgnął po broń. Oddał kilka strzałów w powietrze. Uratował w ten sposób krwawiącą mocno ofiarę, a może i siebie. Zatrzymał też jednego z bandytów. Okazał się nim Jojne Winograd, znany w Chanajkach sutener i awanturnik.

  Inna przygoda spotkała latem 1935 roku Bolesława Ruplinskiego z ul. Śledziowej. Postanowił on wprowadzić w dorosłe życie swojego 16-letniego siostrzeńca Aleksandra Gawryluka. Ponieważ gejsze z Marmurowej były szczególnie popularne w pewnych kręgach białostockich miłośników ich usług, podpity wuj właśnie tam skierował swoje kroki. Siostrzeniec podreptał za nim. Trafili do popularnego przybytku nierządu w domu nr 2. Młodzian pozostał na razie za progiem, zaś jego przewodnik wszedł do środka w poszukiwaniu właściwej panienki.

  Szybko jednak musiał salwować się ucieczką. Drogę mu wskazał jakiś groźny zakapior, któremu wujaszek przeszkodził w zakrapianej biesiadzie. Pan Bolek stracił przy tym swój portfel, zaś jego podopieczny Aleksander pozostał nadal niewinny. Szczególną sławą cieszył się na Marmurowej dom na posesji nr 3. Dzięki jego właścicielowi Herszcze Pachciarzowi, który miał na parterze sklep z artykułami spożywczymi, wygląd budynku był jeszcze jako taki. W odróżnieniu od spróchniałych drewniaków pod nr 4 czy 17. Jeszcze w 1935 roku magistrat nakazał je zburzyć, podobnie jak ponad 20 innych budynków. Zagrażały one bowiem bezpieczeństwu publicznemu.

  W domu Pachciarza mieszkał np. Szmul Chazan, który pomimo 70. na karku potrafił wdrapać się na kozła nawet po kilku kielichach. Pewnego razu spotkała go niemiła przygoda, zwalił się z kozła na bruk, mocno się potłukł i trafił do pogotowia Czerwonego Krzyża.

  W domu przy Marmurowej 3 swoje lokum mieli, jeśli oczywiście nie przebywali w więzieniu, Josel Igielnik, zatwardziały pajęczarz, znający dobrze okoliczne strychy czy Judel Miodownik, pechowy włamywacz z kilkoma odsiadkami.

  Nie brakowało też panienek lekkich obyczajów, wśród których prym wodziła szczególnie urodziwa Julia Stankiewiczówna. Pod nr 3 pokoik zajmował Berel Klasa, którego policja aresztowała latem 1939 roku za publiczne okazywanie niechęci i lekceważenie pamięci marszałka Józefa Piłsudskiego.

  Na koniec jeszcze dwie historie typowe dla marmurowskiej rzeczywistości. Oto latem 1936 roku Motel Zimnoch, rajzer z Grajewa zgłosił na policji, że nocując nielegalnie w mieszkaniu Estery Skory (Marmurowa 8) stracił spodnie warte 3 zł, a w nich gotówkę – 29 zł 52 gr. A Rywka Duczyńska z domu nr 3 trafiła do aresztu za straszenie świadka w procesie swojego kompana, zawodowego złodzieja Szlomy Kukawki.


Włodzimierz Jarmolik

Kiedy w Białymstoku pojawiła się pierwsza reklama świetlna, asfalt i Klukwa ?

    Wszystko co jest pierwsze zapada w pamięć i przechodzi do historii. Z czasem jednak okazuje się, że tych pierwszych było tyle, że nie sposób je wszystkie spamiętać. Ot choćby proste pytanie. Kiedy w Białymstoku pojawiła się pierwsza reklama świetlna? Trudne? Odpowiem. W październiku 1926 roku.

  W miejscu gdzie dziś stoi budynek, w którym na parterze jest sklep "Ratuszowy", przed wojną stała kamienica Jankiela Szmula Zabłudowskiego. Od strony Lipowej, na parterze była w niej piekarnia Józefa Mładka. Przed nią stał słup telefoniczny. I właśnie na nim zawisła ta pierwsza świetlna reklama.

  Dokładnie ją opisano. "Na ekranie, przymocowanym do słupa, ukazują się rozmaite świetlne napisy reklamowe oraz całe wycinki z filmów wyświetlanych obecnie lub mających być demonstrowanemi w miejscowych kinach".

  To była sensacja. Nic więc dziwnego, że pod piekarnią, całymi godzinami stał zbity tłum gapiów wpatrujących się w migoczącą skrzynkę. Ludzi było tyle, że tamowali ruch na jezdni. O przejściu chodnikiem w ogóle nie było mowy. Piekarz Mładek rwał włosy z głowy, bo żaden z klientów nie mógł dostać się do piekarni. Wejście było zatarasowane. Uradowani byli natomiast śródmiejscy złodziejaszkowie.

  Krążyli pomiędzy osłupiałymi białostoczanami, którzy z zadartymi głowami wpatrywali się w słup. Ileż to portfeli zmieniło właściciela dzięki tej reklamie! Prasa konkludowała, że te świetlne anonsy należy szybko zlikwidować, bo są one "dla publiczności naszej - niewygodą, dla policji - fatygą, dla miasta - nieporządkiem, dla złodziei - fajramem i żniwem".

  Inna nowość zawitała na Rynek Kościuszki w lecie 1936 roku. Wówczas, po raz pierwszy w Białymstoku położono asfalt! Początki były skromne, bowiem "municypalność białostocka" zafundowała mieszkańcom jedynie "gładkie asfaltowe przejście".

  Można było korzystać z niego, chcąc z rogu ulicy Sienkiewicza przejść na drugą stronę Rynku, pod aptekę Ajzensztadta. Białostoczanie nareszcie mogli wygodnie spacerować zamiast wykręcać nogi i łamać obcasy na "kocich łbach".

  Chodnik ten wywołał "ogólną uciechę i ogólny podziw". Sarkano jedynie na fakt, że przed apteką zawsze na asfalcie stał jakiś pojazd. W sąsiedniej kamienicy mieścił się popularny w Białymstoku Dom Handlowy Braci Głowińskich, apteka też była chętnie odwiedzana bo słynęła z renomy, a na dodatek była tu jeszcze stacja benzynowa "Polminu", gdzie "auta benzynę nabierały". W związku z tym pieszym pozostawały stare, poczciwe kocie łby.

  Lato 1936 roku obfitowało w nowości. Wówczas to białostoczanie po raz pierwszy zobaczyli i spróbowali "nektariny" - nową odmianę włoskich brzoskwiń. W białostockich owocarniach za kilogram tej nowości trzeba było zapłacić aż 6 zł.

  Z inną nowością tegoż lata zdarzył się pewien kłopot. Na rogu Lipowej i Kupieckiej (Malmeda) znajdowała się świetnie prosperująca wytwórnia wód gazowanych Icchoka i Estery Lewinów. Wpadli oni na pomysł, aby wodę sodową mieszać z sokiem żurawinowym.

  Gdy już uchwycili odpowiednie proporcje, to zaserwowali białostoczanom nowy orzeźwiający napój, hit sezonu '36 - Klukwę. Białystok oszalał na jej punkcie. Każdy chciał gasić pragnienie napojem od Lewinów. A, że lato tego roku było upalne, to i Klukwa szła jak woda!

  Jednak zazdrosna konkurencja nie spała i wnet inne białostockie wytwórnie zaczęły sprzedawać kwas żurawinowy, opatrując go tą dźwięczną, rosyjską nazwą. Lewin postanowił walczyć. Widząc, że konkurenci bezkarnie poją białostoczan jego wynalazkiem, zgłosił nazwę Klukwa do Urzędu Patentowego i uzyskał do niej wyłączność. Triumfalnie ogłosił, że wszystkie wytwórnie mają natychmiast przestać produkować fałszywą Klukwę. Zagroził, że gdyby ten jego zakaz nie poskutkował, to sądy w Białymstoku będą miały pełne ręce roboty.


Andrzej Lechowski

Historia brawurowego napadu

   Ameryka dla wielu mieszkańców Europy jawiła się od zawsze jako Ziemia Obiecana. Ciągnęli do niej ze Starego Kontynentu ludzie ubodzy i prześladowani. Całymi rodzinami.

   Wydając na podróż ostatnie pieniądze, często nawet tracąc przy tym życie. Na przełomie XIX i XX w. emigracją ratowali się zwłaszcza Włosi (Sycylia), Irlandczycy i Żydzi z zachodnich połaci Cesarstwa Rosyjskiego. 

  Ci ostatni pochodzili także z ówczesnego Białegostoku. Uciekali przed pogromami Czarnej Sotni. Szukali lepszego jutra dla siebie, a przede wszystkim dla swoich dzieci. Po jakimś czasie niektórzy z Żydów - białostoczan wracali do rodzinnego miasta. A tutaj mogły czekać na nich różne przykre niespodzianki. Zwłaszcza w takim miejscu jak Chanajki.

  Po 20 latach nieobecności powrócił do Białegostoku z Nowego Jorku 52-letni Josel Gelberg. Przywiózł ze sobą nieduży „zielony” kapitalik i myślał o jakiejś trafnej inwestycji. Pierwej zajęła go jednak sprawa kupna kawałka domu. Wybrał tańsze Chanajki, gdzie na ul. Pieszej pod 2, za wysokim parkanem stał całkiem jeszcze przyzwoity budynek. Nowy sąsiad zwrócił natychmiast uwagę miejscowych opryszków. Zainteresował się nim oczywiście i znany z poprzedniego odcinka Szmul Gorfinkiel z pobliskiej Orlańskiej.

  Razem ze swoim pomocnikiem Noske Penerem zaczął uważnie obserwować poczynania Gelberga w mieście. Wkrótce doszli do wniosku - gość ma jeszcze sporo dolarów! Najpierw Kokoszkie, jak przezywano Gorfinkiela w zaułkach, zaczął proponować Gelbergowi git geszefty. Ten był jednak ostrożny i nie wdawał się w dłuższe rozmowy z podejrzanym indywiduum. Złodziejom pozostała więc tylko kradzież.

  Do skoku przygotowali się starannie. W pewien kwietniowy dzień 1927 r. Josel Gelberg zasiedział się u znajomych i późno wracał do domu. Przez całą drogę z Sosnowej na Pieszą wydawało mu się, że ktoś go śledzi. W mieszkaniu zamknął starannie drzwi na klucz, pokrzątał się nieco między kuchnią i pokojem, poczym zaczął się rozbierać. Nagle zakręciło mu się w głowie. Wpół przytomny osunął się na ziemię. Usłyszał obok siebie męskie głosy, przytknięto mu do nosa cuchnącą szmatę. Gelberg stracił resztki świadomości. Gdy po kilku godzinach doszedł do siebie, zauważył straty. Znikła kamizelka, a z nią tysiąc dolarów, przepadł również złoty zegarek z dewizką.

  Powiadomiony o nieszczęściu Gelberga Urząd Śledczy przysłał na Pieszą swoich fachowców. Ci szybko ustalili, że powodem omdlenia była duża dawka chloroformu sprytnie rozpylonego przez szparę w drzwiach.

  Rozpoczęto oczywiście poszukiwania sprawców tej koronkowej roboty. Pomimo dużych strat dochodzenie policji kryminalnej utkwiło w martwym punkcie. Gelberg zaczął więc szukać swoich łupieżców na własną rękę. Chodził po chanajkowskich knajpkach, przysłuchiwał się rozmowom, podpatrywał. Na początku stycznia 1928 r. w piwiarni przy ul. Krakowskiej usłyszał przypadkowo, że w napadzie na „Amerykańca” maczał palce Kokoszkie. Teraz do akcji wróciła policji. 

   Na Warszawskiej 6 Gelberg obejrzał fotografie białostockich włamywaczy i rozpoznał typa proponującego mu parokrotnie różne spółki. Później wskazał Gorfinkiela w bezpośredniej konfrontacji. Kokoszkie trafił do aresztu. Pener, wspólnik Gorfinkiela od kradzieży, a później jego żona Małka próbowali wymusić na Gelbergu wycofanie oskarżenia. Grożono mu nawet sądem rabina. Eksnowojorczyk upierał się twardo przy swoim.

  W sierpniu 1928 r. Szmul Gorfinkiel stanął po raz kolejny przed Sądem Okręgowym. Tym razem zainkasował 2 lata mamra. Może natknął się tam na swojego szwagra Jankieczkie Rozengartena, który w „szarym domu” przy Baranowickiej odsiadywał 4-letni wyrok.


Włodzimierz Jarmolik

Hanka Bielicka mieszkała w Białymstoku

  Proszę przyjrzeć się dobrze pani Hani na załączonej fotografii. Stoi oparta z wdziękiem o ścianę budynku (kto go rozpozna?), jak zawsze uśmiechnięta, w skromnej, ale dobrze uszytej sukience, z lewą ręką na biodrze.

 Jeśli ktokolwiek wątpi, że to Hanka Bielicka, to niechaj przekręci nieco głowę i odczyta autograf napisany przez aktorkę ołówkiem. Na odwrocie zachował się tekst, też wykonany ołówkiem. "Panie Witeczku! Proszę mnie zawsze wspominać oczywiście miło, bo złych myśli nie lubię. Ja zawsze będę pamiętać Pana miłą subtelną przyjaźń. Myślę, że kiedyś spotkamy się. Hanka". Niestety, brakuje daty i nazwiska pana Witka.

  No, to trzeba zajrzeć do pamiętnika H. Bielickiej, spisanego przez Barbarę Kazimierczyk. Jego tytuł ujawnia pierwszą prawdę z życia aktorki: "Urodziłam się na wozie". W którym roku? Byłoby nietaktem podawać datę, bo wiadomo, że pani Hania skrzętnie ukrywała zapis ze swojej metryki urodzenia.

  Koniec wojny zastał Hankę Bielicką w Wilnie, polscy aktorzy nie bardzo mogli się dogadać z Litwinami, grali więc pod gołym niebem, dawali koncerty dla rannych w szpitalach. I wtedy przyjechał wysłannik PKWN z wiadomością, że można przenieść się do Białegostoku.

  "Długo nam tego nie trzeba było powtarzać, zebraliśmy się: Igor Śmiarowski, Zygmunt Kęstowicz, my oboje z Jurkiem (Duszyńskim - mężem), Wojnicki, stary Dowmund, zasłużony aktor operetki z żoną, Dzięgielewski też z żoną, Labunówną (taki mezzosopran miała piękny), Melina, Sempoliński (…).

 Lądowaliśmy w Białymstoku zniszczonym w 85 procentach, chyba prawie tak samo jak Warszawa. Tylko teatr, w sąsiedztwie kościoła, ocalał jakimś cudem (Właściwie nie był to teatr, tylko zaadaptowany dom kultury)".

 A najwłaściwiej to było przedwojenne kino Świat, późniejszy Ton. Ze wspomnień chluby Łomży wynika, że zagrała ona w Białymstoku w 1945 roku w trzech sztukach: "Ożenek" Gogola, "Burmistrz Stylmondu" Maeterlincka i "Głupi Jakub" Rittnera oraz współpracowała z miejscową rozgłośnią radiową. Niestety, szybko nadeszła oferta z Łodzi, tam narodził się teatr "Syrena", a w 1949 roku pani Hania przeniosła się do Warszawy.

  Szukałem jakiejś zabawnej scenki z Białegostoku. Znalazłem z podróży H. Bielickiej do naszego miasta na przełomie stycznia i lutego 1945 roku.

  "Jechaliśmy w wagonach towarowych, podzieleni na grupy. W Grodnie zapowiadał się dłuższy postój, wysiadamy więc na peron. Patrzymy na stojących vis-á-vis kolegów, a oni cali czarni jak mieszkańcy Afryki. Ale i my nie gorsi. Biali jesteśmy, jakbyśmy dopiero przed momentem wyszli z młyna! Oni jechali w wagonie po węglu, a my po mące. Cały dworzec ryczał. Cóż, przyznam się pani, że w tych smutnych czasach tamten śmiech był czymś tak niezwykłym i jednoczącym wszystkich, że jego wspomnienie przetrwało we mnie do dziś".

  Śmiejmy się zatem i my na wspomnienie Hanki Bielickiej. Zda mi się, że słyszę ten charakterystyczny głos, widzę wirujące ręce.

  W Łomży pani Hania (pomnikowa) siedzi na ławeczce w centrum miasta, oczywiście w okazałym kapeluszu, z pełnym uśmiechem. W Białymstoku za szybko zapomniano ją i jej kolegów tu goszczących tuż po przejściu frontu.

  Pozostaje jeszcze rozszyfrować, kim mógł być pan Witek? Wydaje się, że to Witold Różycki, legenda białostockiego teatru, po I i po II wojnie światowej. Też, niestety, zapomniany. Co innego, gdyby grał w piłkę nożną lub w karty w hotelu Ritz.


Adam Czesław Dobroński

Sensacyjni patroni białostockich ulic

    W okresie międzywojennym białostockie ulice też zyskiwały nowych patronów. Zaczęło się zaraz po odzyskaniu niepodległości w 1919 r. Już 17 kwietnia Tymczasowy Komitet Miejski zatwierdził wykaz z 203 ich polskimi nazwami, poczynając od Alejowej, a kończąc na Żytniej. Większość została przetłumaczona po prostu z obowiązującej dotąd nomenklatury rosyjskiej. 

   Jednak 80 nazw było zupełnie nowych. Wśród nich znalazły się ul. Sienkiewicza, znana w czasach carskich jako Mikołajewska, Elektryczna, przedtem Mieszczańska oraz Pałacowa - dawna Instytutowa. Te 3 ulice w czasach sanacji czekał ponowny chrzest. Ich patronami stawały się osoby znane, które właśnie tragicznie zakończyły życie.

  W pierwszej połowie września 1932 r. w katastrofie lotniczej zginęli słynni polscy piloci Franciszek Żwirko i Stanisław Wigura. Dla uczczenia bohaterów przestworzy poświęcono ulicę Pałacową. Kiedy w czerwcu 1934 r. ukraińscy nacjonaliści zastrzelili w Warszawie ministra spraw wewnętrznych RP Bronisława Pierackiego, już tydzień później białostocki magistrat podjął decyzję o przemianowaniu ul. Sienkiewicza. Teraz, mieszczącym się przy niej najważniejszym urzędem policyjnym patronować miał bardziej właściwy człowiek.

  No i wreszcie nastał 1936 r. a z nim kolejna głośna katastrofa lotnicza. Zginął w niej gen. Gustaw Orlicz-Dreszer, jeden z najwierniejszych podkomendnych Marszałka Józefa Piłsudskiego, współtwórca przewrotu majowego w 1926 r. , zagorzały zwolennik sanacji i jej twardych rządów. Katastrofa wydarzyła się 18 lipca 1936 r. Gen. Orlicz-Dreszer przebywał na Wybrzeżu. Czynnie związany był bowiem z działalnością polskiej Ligi Morskiej i Kolonialnej. Feralnego dnia samolot wystartował z Truskawca i leciał do Gdyni. 

  Tam dobijał właśnie statek „Batory”, powracający z Ameryki. Na pokładzie znajdowała się żona generała, Erwina Dreszerowa. Generał sam pilotował awionetkę. Pogoda była nie najlepsza. Odprowadzający odradzali lot. Wiedzieli, że podróż będzie przebiegała „w iście kawaleryjskim tempie”. I stało się najgorsze. Wręcz na oczach pasażerów „Batorego” samolot runął do morza. Nikt nie ocalał, choć na ratunek pośpieszyły momentalnie najbliższe łodzie i trawlery. Na wydobytym ciele generała nie było obrażeń, poza niewielką raną na skroni. Zatwardziały piłsudczyk, śmiały ułan i lotnik, przeżył swojego Wodza nieco ponad rok. Pochowany został na Oksywiu.

  29 września 1936 r. mieszkańcy białostockich przedmieść Słoboda i Bażantarnia zwrócili się do prezydenta Seweryna Nowakowskiego z prośbą o przemianowanie przedłużających się ulic - Dzielnej i Wspólnej na ul. gen. Orlicza-Dreszera. Chcąc wykazać się gorliwością przeprowadzili nawet zbiórkę pieniędzy na Fundusz Obrony Narodowej. Nic to jednak nie dało. 

   Pod koniec października Rada Miejska postanowiła imieniem generała zaszczycić mieszkańców ulicy Elektrycznej. Właściwe uroczystości przemianowania odbyły się 22 listopada, w związku z Dniami Kolonialnymi, którym Orlicz-Dreszer od lat patronował. Nie zapomniano o niczym. Uroczysty dzień poprzedził obowiązkowy capstrzyk, a rozpoczął hejnał z wieży Ratusza. Później było nabożeństwo w farze, akademia w salach Urzędu Wojewódzkiego (pałac Branickich), pochód z pocztami, ostatni raz po ul. Elektrycznej i na koniec wiec ludności, oczywiście w teatrze Palace.

  Trzech, a właściwie czterech nowych, sanacyjnych patronów ulic białostockich, wyprzedził jeden, ale za to najważniejszy. Już na początku lat 30. żywy pomnik polskiej niepodległości, Józef Piłsudski, otrzymał własną ulicę, najbardziej białostocką - Lipową. Dzisiaj ma on w naszym mieście swoją Aleję i Plac.


Włodzimierz Jarmolik

Recydywista myślał o ucieczce z więzienia

  Przestępca, który trafił za kratki, zwłaszcza recydywista z dłuższą odsiadką, myślał niechybnie o ucieczce. Planował ją sam, bądź z kompanem spod celi, z samego więzienia uciec było trudno. Należało więc wykorzystać inne okazje.

  Szczególną szansą był moment, kiedy więźnia prowadzono z Szosy Baranowickiej do sądu przy ul. Warszawskiej, a później od początku lat 30. do nowych, specjalnie wzniesionych budynków przy ul. Mickiewicza 5. Tak właśnie rozegrała się historia Franciszka Szkiłądzia, który uciekł swoim konwojentom przez nieokratowane okno w poczekalni sądowej.

  W sądzie grodzkim (coś w rodzaju dzisiejszego kolegium ds. wykroczeń), gdzie rozpatrywano sprawy drobne, w korytarzu na długich ławkach siedział zawsze tłum poślednich złodziejaszków, podpitych awanturników, a zwłaszcza szczególnie hałaśliwych panienek lekkich obyczajów. Poza nimi częstymi gośćmi poczekalni grodzkiej byli dorożkarze nieprzestrzegający ulicznych przepisów, drobni kupcy przekraczający czas handlowania czy dozorcy nie dość sumiennie dbający o porządek na swojej posesji.

  Sąd okręgowy miał wybitniejszych klientów. Sądzono w nim zabójców, rabusiów, włamywaczy i notorycznych aferzystów. Jednak straszne słowo - kara śmierci - padały z ust przewodniczącego składu sędziowskiego nader rzadko. Od wysokich wyroków skazanym przysługiwało jeszcze odwołanie do sądu apelacyjnego w Warszawie.

  W kwietniu 1932 roku białostocki sąd okręgowy funkcjonował już przy ul. Mickiewicza, chociaż jego gmach był cały czas wykańczany. Właśnie wtedy na wokandzie znalazła się sprawa Franciszka Szkiłądzia, oskarżonego o notoryczne lekceważenie służb więziennych.

  Przy Baranowickiej Szkiłądź odsiadywał właśnie 4-letni wyrok. Był wcale niezłym skoczkiem, złodziejem, który przez dach dostawał się do upatrzonych wcześniej mieszkań. Więzienny konwojent przyprowadził swojego podopiecznego nieco za wcześnie. Mający go przesłuchać sędzia był jeszcze zajęty. Trzeba było zaczekać. Oczywiście nie na korytarzu, w tłumie kłębiących się różnych indywiduów i ich rodzin, ale w osobnym pokoju przeznaczonym dla szczególnie niebezpiecznych aresztantów. Mieścił się on na piętrze sądowego budynku.

  Początkowo Szkiłądź siedział spokojnie. W pewnym momencie jednak zerwał się z miejsca, pobiegł szybko do okna, w którym nie było krat i jednym silnym szarpnięciem otworzył je na oścież. Przysypiający strażnik nawet nie zareagował. Tymczasem więzień był już na parapecie, skąd bez wahania ruszył w dół, na znajdujący się pod oknem trawnik. Poza nieco stłuczoną nogą nic sobie nie zrobił. Kulejąc rzucił się do dalszej ucieczki. Prowadziła ona przez ulicę Świętojańską. Goniły go krzyki gapowatego konwojenta: Łapcie bandytę!

  Na ten alarm zareagował Aleksander Tykocki, właściciel budki z papierosami. Kiedy zobaczył mężczyznę w więziennym uniformie, który kuśtykał w stronę Zwierzyńca, sięgnął pod ladę, gdzie leżał rewolwer. Miał pozwolenie na broń. Jego trafika była już kilka razy nawiedzana przez zuchwałych włamywaczy.

  Tykocki wystrzelił parę razy na postrach. Ten hałas sprowadził na Świętojańską kilku okolicznych posterunkowych. Policjanci dopadli w końcu zbiega. Zakuty w kajdanki Franciszek Szkiłądź trafił znowu na Mickiewicza 5.

  Następnego dnia miejscowa prasa miała używanie. Kpiono z nowoczesnego, tak długo wznoszonego gmachu sądu okręgowego, skąd można tak po prostu wziąć i uciec. Nie brano jednak pod uwagę, że Szkiłądź był rutynowym skakierem. Inni amatorzy takiej eskapady pewnie by się połamali.


Włodzimierz Jarmolik

Białystok Fabryczny

  Nie będę pisał o historii Kolei Poleskiej, bo ktoś inny zrobi to lepiej. Ale napiszę o nieodłącznym elemencie krajobrazu osiedla Piasta - a zwłaszcza tej jego części, na której miałem zaszczyt stawiać pierwsze kroki i się wychowywać - dworcu Białystok Fabryczny.

  Pierwsze wspomnienie tego miejsca? Może nie sam dworzec, ale otaczające go tory i bocznice podczas spacerów z ojcem i wypraw do magicznej krainy zwanej "za torami" o której wspominałem ostatnim razem. 

  To też wolno snujące się tamtędy pociągi obserwowane z nudów z kuchennych okien podczas niesprzyjającej wyjściom na dwór pogodzie. Przeprawy przez kładkę nad torami w drodze na przystanek "trójki", którą razem z tatą często jeździłem do jego znajomych na Jaroszówkę. Jako dzieciak bałem się na nią wchodzić z powodu prześwitu między stopniami stromych schodów. 

  Jeszcze w późniejszych klasach podstawówki (nie pamiętam jednak w której dokładnie) dworzec miał się dobrze. Może nie tętnił już życiem jak za swych najlepszych lat, ale w okienku zawsze siedziała miła pani sprzedająca bilety, perony nie zarosły chaszczami, pociągi przyjeżdżały nie tylko z okazji finałów WOŚP, a dieslowskie lokomotywy przepychały puste węglarki z jednej strony na drugą. 

  Pewnego razu, gdy latem szwendaliśmy się tam z kumplami, udało nam się porozmawiać z maszynistą. Pokazał wnętrze lokomotywy (tej niebiesko-zielonej, z pomarańczową literą V z przodu) a nawet zabrał nas nią na wycieczkę do przystanku/składu/bocznicy (nie wiem jak to nazwać) nieopodal ul.Plażowej, skąd wracaliśmy już na piechotę. 


Zenon Bombalina

Translate