Chanajki był niebezpieczną przedwojenną dzielnicą Białegostoku. Latem 1923 r. Dziennik Białostocki zapragnął zająć się karygodnymi wybrykami na postojach dorożek wokół Dworca Centralnego.
Pisał m.in. „Rozpasanie dorożkarzy białostockich nie ma granic. O taksie nikt z nich, rzecz prosta słuchać nie chce. Nie dość tego. Ostatnio miały miejsce fakty, kiedy dorożkarze odmawiali odwiezienia pasażerów w pojedynkę jadących i narzucali im współpasażerów. Wszelkie protesty nie pomagają. Posterunkowi z V Komisariatu stoją po stronie dorożkarzy. Tak dalej być nie może”.
Pasażerowie którzy nie chcieli poddać się presji mafii dorożkarskiej, decydowali się na pieszą wędrówkę do śródmieścia, a nawet w dalsze dzielnice. Odbywało się to jednak z poważnym ryzykiem, zwłaszcza zimową, mroczną porą.
Droga na skróty wiodła bowiem przez Chanajki - ulicą Sukienną, do Sosnowej i w kierunku Suraskiej. Właśnie tę trasę postanowił pokonać nad ranem 20 grudnia 1923 r. kupiec z Krynek Merkel Furman wraz ze swoją córką Belą.
Wysiedli z pociągu o godz. 5 z minutami. Było jeszcze ciemno. Latarni jak na lekarstwo. Ruszyli przez wiadukt kolejowy prowadzący na ul. św. Rocha.
Nie zatrzymując się przy hałaśliwych dorożkarzach skręcili w Sukienną. Nie zauważyli wcale, że w ślad za nimi od samego dworca podążała trójka mężczyzn. Jeden odziany był w jasne palto, a dwaj pozostali w ciemne kurtki. Głowy wszystkich okrywały narciarskie czapki nasunięte prawie na oczy. Wokół nie było żywego ducha.
Okna mijanych domów, uzbrojone w okiennice, pozostawały ciemne. Kiedy Furman z córką zbliżali się do Sosnowej, osobnicy owi, jak później zeznała w śledztwie roztrzęsiona wciąż jeszcze dziewczyna - „podbiegli do nich, a jeden zastąpił drogę ojcu i grożąc rewolwerem zażądał oddania pieniędzy”. Pozostała dwójka rzuciła się na Belę. Zawiązali oczy zerwanym szalem, wyrwali z ręki koszyk z garderobą i kilkakrotnie zdzielili pięścią w głowę. Po ordynarnym rabunku opryszki zbiegli w stronę dworca.
Tam, na ul. Kolejowej przyuważył ich pełniący służbę posterunkowy Antoni Zalewski z I Komisariatu. Wydali się mu mocno podejrzani. Na okrzyk: stój! - wszyscy rzucili się do ucieczki. Policjant oddał kilka strzałów i jednego, targającego koszyk, zdołał schwytać.
Posterunkowy Zalewski odprowadził swoją ofiarę na ul. Warszawską do Urzędu Śledczego. Byli tam akurat okradzeni Furmanowie. Rozpoznali natychmiast własny tobołek. Złodziejem zaś okazał się niejaki Icek Farberowicz z Wizny. Znaleziono przy nim jeszcze część z 20 mln marek, które zrabował z pozostałą dwójką.
Podczas przesłuchania Farberowicz przyznał się do wszystkiego. Ostatnio odsiedział cztery lata w warszawskim Mokotowie za kradzieże. Po wyjściu z więzienia na mocy amnestii, spiknął się z Aronem Pupkiewiczem i jeszcze jednym kolesiem. Postanowili odwiedzić znajomków w białostockich Chanajkach. Po drodze szukali szczęścia w cudzych kieszeniach. W pociągu nie wyszło. Gratka trafiła się dopiero na mrocznej Sukiennej.
Ponieważ Farberowicz oskarżony został o napad z bronią w ręku, czekał go sąd doraźny i kara śmierci. Obrońca z urzędu Mieczysław Lipko potrafił jednak sprawę nieodnalezionego rewolweru mocno osłabić. Ostatecznie bandzior z Wizny został w styczniu 1924 r. skazany na osiem lat więzienia. Pierwszy rok odsiedział w białostockim „szarym domu” przy Szosie Baranowickiej, resztę zaś w ponurym Rawiczu.
A teraz mała niespodzianka. Icek Boruch Farberowicz rabujący na ul. Sukiennej to nikt inny, jak Urke Nachalnik, autor przed wojną wspomnień z życia świata przestępczego. Jako złodziej odsiedział swoje, jako pisarz miał o tym dużo do powiedzenia.
Włodzimierz Jarmolik