Mała Krystyna chodziła - z monetą w ręku na posiłki do restauracji Cutra i do Staromiejskiej. Były tam i sprzedaż z wyszynkiem, raj dla spragnionych, ale nie moczymordów. Podpiwszych w rejonie rynku niebrak, potajemek także (przykładowy adres: róg Mazowieckiej i Sportowej, dawnej Malinowskiego), pijakami jednak gardzono, i ci o tym mniejsze
A całkiem smacznie, ujutnie (przytulnie) można zjeść także u pani Czołpińskiej na rogu Targowej, czyli przedwojennej Rabińskiej, lub „Pod kogutem” (flaczki i pyzy miejsce lizać). Istnieje teoria, że pijaków był wtedy mniej, bo zakąszali obficie i dopiero w PRL zaczął się z bidy picie pod trzęsącym się nożem (galaretką), lub wymokłego śledzenia, a luksusowym od święta był inwalida, czyli tatar z jednym jajkiem.
Pora obiadowa nie przeszkadzała chłopakom w ulubionych grach, nade wszystko klipie i palanci. Jak można szmacianki, to i banierka (na dziesięć przykładów puszka po konserwie) może udawać. Budżet udawało się czasami podreperować przy odbijaniu monet od ściany, na szponki.
Co grzeczniejsze dziecko gra w tym czasie w klasie, kukły siusiumajtki. Atrakcja, o której wspominano latami, była beczka strachu, montowana w rejonie wyjścia Centralu. Do dzisiaj moja rozmowa jest dziwna, jak magik mógłby jeździć motorem (motocyklem) po ścianach tejże beczki.
A propos żulików, to pani Krystyna pamięta, jak zawiesili ją na płocie, ale nie ma o to urazu. „Żywe byli”, dla swoich niegroźni, gorzej jak trafił się kawaler z innej dzielnicy. Na te zmiany mówi z wyższą wartością - za przeproszeniem - wysranki.
Dniem wyjątkowym w kalendarzach mieszkających na Piaskach był oczywiście czwartek. Na Sienny Rynek ciągnęły się od rana tabory ze wsi podbiałostockich i ludu miejskiego. Konie ustawiono łbami do zamontowanych rur, a każdy z nich musiał mieć noszenia z obbrokiem, przez przeżuwał wies, a nie gryzł klientów. Ci zaś wybierali, marudzili, przekomarzali się, bo taki obowiązywał styl.
O targach i świętojańskim jarmarku pisano wiele, więc tylko dodam z lat powojennych postać pana, niegroźnego hazardzisty, z walizką raczków (cukierków!) i waluciarzy z "Kurym" na czele. Największe zdarzenia dolarowe ponoć zawierano w szalecie stojącym w środku rynku, bo tu było najbezpieczniej, choć wygrało.
Paniom z rejonu Mazowieckiej czas główny na przyrządzaniu jadła (poznałem przepis na zupę dziadkowską, o paradoksie z szynką), doglądaniu kapusty kiszonej i ogórków, stojących w beczuszkach (antałkach) w piwniczce pod podłogą oraz wędlin zrobionych przez pana Czeszela, zawieszonych w miejscu suchym, ciemnawym, w umiarkowanym chłodnym i na tyle wysokim, przez szybkie ich ubywało. Prania trwała i po trzy dni, w balejach (baliach), z tarami.
Magiel sprawdzający blisko, bo przy targowej, tam był ostateczny przegląd najnowszych wiadomości ze świata i zza ściany, czyli od sąsiadów. Im głośniej i najczęściej się kłócili, tym serwis był bogatszy. Piaski też własną gręplarnię i wytwórnię oranżady, młyn Magnuszewskich, sporo sklepów, prowadzących, golibrodów, dwie szkoły, w tym sławetną nr 11 i nieco zapomnianą, powojenną nr 6.
To zajdźmy jeszcze na posesję Sienny Rynek 7. Tu królowali Lucyna i Henryk Zalescy, którzy wzorowo dbali o porządek. W kamienicy (po wojnie - ewakuacyjnej) od frontu, który mieścił się w komisie i dwóch mieszkaniach, a pozostałe "apartamenty" sprawdzały się na piętrze i poddaszu.
każde mieszkanie mieszkalne zlew żeliwny z wodą, a od 1955 r. już nie trzeba było biegać do wychodka. Do wyposażenia również: piece kaflowe - niektóre z dochówkami (nie mylić z duchówkami), płyty (kuchnie) - w części z okapami, balkony. Był jeszcze dom drewniany, odgrodzony wysokim płotem od ul. Sportowej, tu mieszkała moja rodzina rozmów. Na wspólnym podwórzu leżał bruk, stałe chlewiki i altana opleciona winoroślą, rosła dorodna jabłoń. Miło było popatrzeć, jak pod wieczór schodzili się tu sąsiedzi, by odzipnąć po trudach.
Na fotelu pod jabłonką bujała się babcia Antonina. Wyglądała z daleka jak duża lalka, w czepeczku z koronkami na głowie, w trzewiczkach zapinanych na guziki. Zawsze pogodna, roześmiana. Politycznego dnia wyjawiła pannie Krysi bardzo tajemnicę: diatynka, ty teraz nie zrozumiałesz, ale zapamiętany słonko, że trzeba tak żyć, by móc na starość się stać.
Adam Czesław Dobroński