Tradycja jarmarków odbywających się z woli Jana Klemensa Branickiego sięga 1723 roku. Wówczas to otrzymał Białystok z królewskiego nadania Augusta II przywilej na trzy jarmarki.
Pierwszy był w przewodnią niedzielę po Wielkanocy, drugi na Piotra i Pawła, a trzeci 15 sierpnia.
Były to imprezy kilkudniowe. Coś jednak spowodowało, że nie cieszyły się te jarmarki zbyt dużym wzięciem. Wobec tego Branicki w 1749 roku wystarał się o nowy królewski przywilej, na mocy którego zorganizowano jarmark na Jana. Tak więc tegoroczny XXI odbył się w 264 rocznicę swego ustanowienia.
Branickiemu przyświecała myśl urządzenia dużej, prestiżowej imprezy. Zabrał się więc profesjonalnie za marketing. Zamówił druk reklamowych ulotek, które zostały dołączone do warszawskich gazet.
Zawczasu umówił się też ze znanymi stołecznymi kupcami, aby ci z najlepszymi towarami przyjechali do Białegostoku. Niejakiego Czempińskiego prosił o sukna, choć ten handlował też z powodzeniem strzelbami. O nie jednak hetman wolał poprosić Zimana, który do Białegostoku przywiózł też głownie do szabel.
Pomiędzy Białymstokiem a Warszawą krążyła liczna korespondencja. O swym przybyciu na pierwszy jarmark zapewniał handlarz sukienny Dulfus. Deklarację złożył też Mathiasiewicz - sprzedawca tureckich towarów.
Wielu innych zapewniało Branickiego, że przyślą najlepsze towary. Musiał ten pierwszy jarmark wypaść dobrze, skoro w 1750 roku polecił Branicki wybudowanie w pobliżu kanałów otaczających pałac, stajni jarmarkowej zwanej też stajnią dla Greków. Pewne obawy budziło tylko to, że był to budynek drewniany kryty strzechą. Pojawiły się więc głosy przestrzegające przed pożarem, o co przy jarmarcznym rozgardiaszu było nietrudno.
Tradycja hetmańskich jarmarków zamarła wraz z końcem tamtej epoki, choć nie zniknęła zupełnie. Na Jana przez następne dziesięciolecia na białostockim rynku odbywał się doroczny targ. Kontynuowana była też tradycja cotygodniowych targów we czwartki.
Był też pokaz ogni sztucznych - "zamiłowanie do fajerwerków było wówczas powszechne. Branicki zatrudniał na stałe w Białymstoku oficera "fajerwerka" nazwiskiem Gurzyński, ale - jeśli pokazy miały być szczególnie świetne - sprowadzał z Warszawy, jeszcze innych oficerów i "puszkarzy" z pułku artylerii konnej "sposobionych do fajerwerku".
Hetman - jak zawsze wszystkiego ciekaw - interesował się też bardzo, jakie fajerwerki kazali wystrzeliwać inni magnaci i polecił sobie odrysowywać "co się reprezentowało". O fajerwerkach białostockich mamy tylko jeden przekaz dotyczący uroczystości, jaka odbyła się 26 lipca 1766 roku z okazji przyznania przez króla hiszpańskiego Branickiemu orderu Złotego Runa. Dekoracji dokonał - w imieniu monarchy - książę Józef Aleksander Jabłonowski, również kawaler tego orderu.
Pokazano wówczas następujące sztuczne ognie: krzyż św. Huberta, gwiazdy św. Ducha i św. Michała, order Złotego Runa, tarczę herbową Jabłonowskich. A pod nią "nazwisko gościa z wyliczeniem wszystkich godności" i olbrzymią koronę książęcą". Zasadniczą różnicą między tamtymi a współczesnymi fajerwerkami było to, że te historyczne wybuchały kilka metrów nad ziemią. Obserwowano je więc bez uciążliwego zadzierania głowy. Dodatkowym ich wzmocnieniem było odbicie światła w wodzie.
No cóż, dzisiejsze fajerwerki, niezwykle widowiskowe nie zawierają żadnej treści. Ma być bogato i efektownie. Tamte od Branickiego też były takie, ale miały jeszcze stworzyć prawdziwy teatr.
Andrzej Lechowski