Postaw mi kawę na buycoffee.to

Cmentarz prawosławny i wystająca z ziemi ludzka stopa


  Historia, która wydarzyła się ponad 100 lat temu na przedwiośniu, wstrząsnęła Białymstokiem. Na polu za cmentarzem prawosławnym znaleziono wystającą z ziemi ludzką stopę.

Był już wieczór 2 marca 1913 roku. Na polu za cmentarzem prawosławnym na Wygodzie kilku chłopców z okolicznych domów kończyło swoje zabawy. Gdy szli w kierunku zabudowań, to z przerażeniem "ujrzeli wystającą z ziemi ludzką stopę". Zdjęci strachem pobiegli ulicą Wasilkowską, gdzie pierwszemu napotkanemu stójkowemu opowiedzieli o wszystkim.

  Policjant niezwłocznie powiadomił o tym komendanta I  przy ulicy Botanicznej. Gdy chłopcy w towarzystwie mundurowych przybyli z powrotem na pole, było już ciemno. Komendant wystawił więc przy makabrycznym znalezisku wartę i dopiero następnego dnia rano przystąpiono do czynności śledczych. Po kilkunastu minutach odkopano fragmenty ludzkiego ciała zawinięte w fartuch. Po kilku godzinach dalszych poszukiwań w odległości 150 metrów odnaleziono pozostałe szczątki.

  Przyglądający się pracy policjantów okoliczni mieszkańcy rozpoznali, że są to zwłoki Jana Godlewskiego, który w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął w listopadzie 1912 roku. Zwłoki przewiezione zostały do szpitala miejskiego. Tu doktor Batumi stwierdził, że Godlewski zginął podczas snu od ciosów zadanych siekierą. Pozostało pytanie, kto był mordercą. Prokurator Antoni Szafałowicz dość szybko zainteresował się synem ofiary, 17-letnim Antonim. To on w listopadzie zgłosił policji zaginięcie ojca. Zeznał wówczas, że Godlewski wyszedł rano z domu z nieznanym mężczyzną. Antoni uznał, że obaj najęli się do jakiejś pracy budowlanej w którejś z pobliskich wsi. Gdy jednak ojciec nie wracał przez kilka dni zaniepokojony syn powiadomił o tym policję.

  Kilka tygodni później, pod Wasilkowem, na podmokłych rozlewiskach Supraśli znaleziono zwłoki mężczyzny. Antoni zidentyfikował je, twierdząc, że to właśnie jest jego ojciec. Odbył się więc pogrzeb rzekomego Jana Godlewskiego i sprawa ucichła, aż do marcowych wypadków. Podejrzenie prokuratora wzbudziło nerwowe zachowanie Antoniego, które zaobserwował przy wykopywaniu szczątków. Młodzieniec wzięty w krzyżowy ogień pytań przyznał się, że to on jest zabójcą.

  We wrześniu 1913 roku Antoni Godlewski stanął przed białostockim sądem. Już od rana przed gmachem sądu przy ulicy Gimnazjalnej (Kościelna) gromadził się tłum gapiów. Na salę rozpraw publiczność mogła wejść po wykupieniu biletów. Wreszcie o godzinie 15 rozpoczął się proces. Jako pierwszy zeznawał Godlewski, który poprosił sędziego "o wydalenie z sali publiczności". Ku jej rozczarowaniu sędzia przychylił się do jego prośby. Ojcobójca przez następne półtorej godziny opowiadał o dramatycznych wydarzeniach sprzed blisko roku.

  Gdy skończył, publiczność została wpuszczona na salę. Rozpoczęło się przesłuchiwanie 11 świadków. Z ich zeznań wynikało, że nieboszczyk był "człowiekiem dobrym, dbającym o los swoich dzieci".

  Podkreślano, że finansował naukę syna w Warszawie. Ba, kupił mu nawet fortepian, gdy ten powrócił ze szkół do rodzinnego domu. Niektórzy ze świadków zeznali, że był Godlewski skąpcem, ale była to "raczej mądra oszczędność niż sknerstwo". Emocje wypełniły salę, gdy zeznawał młodszy brat Antoniego, Janek. Wstrząśnięta publiczność usłyszała, że "byliśmy z bratem w kościele. Wróciliśmy do domu wcześniej niż zwykle za co ojciec począł krzyczeć na brata, a później wybił go. Na drugi dzień już ojca nie było". Janek opowiadał o srogich metodach wychowawczych, których ofiarą był najczęściej Antoni.

  Zgrozą powiało, gdy o przedstawienie ekspertyzy sąd oprosił przeprowadzającego oględziny i sekcję zwłok doktora Batumi. Po nim głos zabrał broniący oskarżonego mecenas Aleksander Bomasz. Próbował udowodnić, że jego klient jest pozbawiony "normalnego stanu umysłowego". Srogie wychowanie tylko pogłębiało ten stan. Wnosił o ponowne rozpatrzenie sprawy, dostrzegając w niej wiele niejasności.

  Był już wieczór gdy swoją półtoragodzinną mowę rozpoczął prokurator Szafałowicz. W ówczesnej Rosji nie stosowano kary śmierci, przeto oskarżyciel żądał kary dożywotniej katorgi, kończąc swoją tyradę efektowną frazą. "Wy panowie sędziowie, pójdźcie za głosem narodu i zakujcie w kajdany tego wyrodka".

  Po tych wystąpieniach sąd udał się na naradę. Publiczność nie opuszczała sali. Po 20 minutach - dochodziła już godzina 22 - ogłoszono wyrok. Antoni Godlewski skazany został na "pozbawienie wszystkich praw i zsyłkę na 8 lat robót ciężkich". Niezadowolony z wyroku tłum, który na ulicy czekał na finał rozprawy wykrzykiwał: "tylko 8 lat? Mało! Można zabijać!"

  Emocje związane z tą sprawą szybko przygasły. Zbliżała się wojna i ona zatarła pamięć o tej tragedii. Jakąż więc sensacją była wiadomość, która w maju 1919 roku dotarła do Białegostoku z Moskwy. Przywiózł ją "pewien jegomość", który opowiadał, że Antoni Godlewski "zajmuje wysokie stanowisko w rządzie bolszewickim". Dodawał też, że jest on "w stosunku do ludności wprost okrutnym".

Andrzej Lechowski 

Kradzież przy Legionowej. Złodzieje ukradli koce i prześcieradła

  Zawsze powodzeniem złodziei, oczywiście tych drobniejszych, cieszyła się odzież, papierosy i żywność. Zwłaszcza w pierwszych latach powojennych, kiedy to na rynku był duży deficyt owych towarów. Oto na przykład latem 1922 roku kilku śmiałków w biały dzień dostało się do pokoju zajmowanego przez statecznego urzędnika kolei. Adres - Kraszewskiego 11.

  Wynieśli stamtąd bez przeszkód nowy surdut, dwa garnitury, a na dodatek kilka par niezdeptanych jeszcze butów. Zrobili to tak zręcznie, że sąsiedzi zza ściany niczego nie słyszeli.Cofnijmy się do roku 1919. Chanajkowskim spryciarzom znacznie bardziej opłacała się robótka, którą wykonali 8 maja o godzinie 4 nad ranem. Włamali się wówczas do składu kupca Jezierskiego przy ul. Nowy Świat i wytargali stamtąd cztery ogromne paki papierosów o wartości 40 tys. marek.

  Jeśli idzie o kradzieże żywności przykładem niech będzie historia Władysława Wasilewskiego (ul. Charkowska 1). Lipcowego dnia 1919 roku został on zatrzymany przez policjanta na ul. Żydowskiej z dużym workiem na plecach. W środku był ryż, który sprytny złodziejaszek podwędził na dworcu towarowym przy ul. Poleskiej.

  A teraz przegląd innych, dziwaczniejszych kradzieży. W 1923 roku okradziono koszary im. gen. Józefa Bema. Opryszki nie dostali się oczywiście do garnizonowej kasy, ale zadowolili się deskami i żelaznymi prętami z wojskowego ogrodzenia. Rok później prasa białostocka pisała o dużej partii herbaty, którą sprowadził do miasta kupiec Boksztajn, a która zniknęła z jego kantoru w tajemniczych okolicznościach. Może wyjaśnił to Iron Kaufman, stróż przy bocznicy żydowskiej na ul. Ciemnej, na której strychu policja odnalazła część złodziejskiego łupu.

W 1925 roku pozbawieni zupełnie skrupułów złodzieje okradli ochronkę św. Wincentego a Paulo przy ul. Legionowej. Biedna dziatwa straciła koce i prześcieradła. Agenci policyjni trafili na trop sprawców, a ci mieli czego się wstydzić w sądzie.

  W czerwcu 1927 roku "Dziennik Białostocki" donosił o kolejnym radio-złodziejstwie. Rzeczywiście kradzieże aparatów radiowych przybrały w tym czasie niespotykane rozmiary. Tym razem swoją własność stracił Stanisław Chrzanowski z ul. Słonimskiej. Poza radiem jednak nic nie zginęło. Tym faktem zdziwieni byli nawet prowadzący śledztwo wywiadowcy z EUS.

  Na początku lat 30. buszował z kolei w Białymstoku iście zapiekły meloman. Kradł płyty gramofonowe. W maju 1932 roku p. Aron Szwarc, mieszkający przy ul. Marszałka Józefa Piłsudskiego, stracił 30 melodyjnych krążków, które nie tak dawno sprowadził aż z Paryża. Z kolei rok później miało miejsce włamanie do sklepu muzycznego, prowadzonego przez Macieja Rybickiego przy ul. Kilińskiego 12. Złodzieje wynieśli 240 płyt gramofonowych różnych firm, a do tego skrzypce i mandolinę.

Latem białostockie gospodynie nagminnie zajmowały się smażeniem konfitur i przygotowywaniem weków na zimę. W 1935 roku złodziejaszki dokonali przemyślnie robótki w piwnicy Berka Korka. Ogołocili ją ze wszystkich słojów i słoików. O pomoc w tej kradzieży policja podejrzewała służącą Anastazję Stepaniuk.

  Koniec przedwojnia pod względem rozmaitości złodziejskich wyczynów na bruku białostockim był także bardzo ciekawy. Oto Aleksander Kuleszyński ze wsi Jurowce zgłosił na policji swoją stratę. Był nią ni mniej ni więcej tylko 66-kilogramowy wieprz, który zginął z furmanki jadącej na Sienny Rynek. Włościanin mógł dostać za niego grubo ponad 100 złotych. Znacznie mniejszy uszczerbek poniósł w czerwcu 1939 roku Lejba Gelberg, pomieszkujący przy ul. Mickiewicza. Był on znanym w okolicy gołębiarzem. Jego rasowe ptaki fruwały wszędzie. Pewnego ranka w gołębniku zabrakło aż 17 sztuk szczególnie cennych erków. 25 złotych, na tyle wyceniono w policyjnym protokole wartość utraconych gołębi. Szukać sprawców tej kradzieży było daremne. Cały przedwojenny Białystok oblatany był gołębim bractwem.


Włodzimierz Jarmolik

An-2, czyli Andromeda latała nad Białymstokiem

   W latach 70 i 80 Aeroklub Białostocki był w szczytowym okresie rozwoju. Od wiosny do późnej jesieni, od świtu do zmroku lotnisko na Krywlanach tętniło życiem. Startowały i lądowały samoloty, skakali skoczkowie spadochronowi, próbowali swoich sił młodzi modelarze a doświadczeni szlifowali swoją formę na zawody. Przylatywały tu też samoloty z Polski i zagranicy. Dziś dalsza część wspomnień Jana Jagodzika, wieloletniego kierownika Aeroklubu Białostockiego.

- Był początek lat 70. - opowiada Jan Jagodzik.. - Władze wojewódzkie przydzieliły nam dwa miliony złotych na zakup samolotu AN-2. Miał on polepszyć komunikację z powiatami: Grajewo, Ełk i Suwałki, leżącymi na północy ówczesnego województwa białostockiego. A ja jako kierownik Aeroklubu dostałem zadanie kupić samolot. Nogi się pode mną ugięły, gdy usłyszałem o tej decyzji. W tamtych czasach, w początkach lat siedemdziesiątych, to było porywanie się z motyką na księżyc. Dzwonię do kolegów w Warszawie, a oni wprost: "Jasiu, czyś ty zwariował, jak ty kupisz samolot"?

- Ratujcie - proszę, bo będzie kompromitacja. "Jest szansa", ktoś powiedział, ale trzeba jechać osobiście do dyrektora WSK Mielec.

   Co miałem robić, oczywiście pojechałem do Mielca. Dyrektor poprosił mistrza i powiedział: wykonacie jeden samolot więcej w czynie społecznym dla tego lotnika, wskazał na mnie. Ten skinął głową, że oczywiście. Jednak musieliśmy czekać dwa lata. Wreszcie samolot przyleciał do Białegostoku. Gazeta Białostocka ogłosiła konkurs na nazwę. Spośród wielu propozycji, jakie napłynęły wybrano imię Andromeda, od mitycznej królowej przemienionej po śmierci przez bogów w gwiazdozbiór nieba północnego. Wymyślił je Piotr Mingielewicz, uczeń II klasy Zasadniczej Szkoły Budowlanej.

  8 lipca 1973 roku - jak czytamy w Gazecie Białostockiej - odbyła się uroczystość nadania nazwy. Matką chrzestną była Irena Szyrkowiec, najlepsza absolwentka Wydziału Lądowego Wyższej Szkoły Inżynierskiej (Politechniki). A napis narysował Mikołaj Skurat. Padły słowa tradycyjnej formułki: lataj wysoko i daleko, rozsławiaj Białostocczyznę, nadaję ci imię Andromeda. Akt symbolicznych chrzcin uświetniła butelka szampana rzucona o śmigło. Po krótkiej chwili za sterami Andromedy zasiadł szef Aeroklubu pilot Jan Jagodzik, który zaprosił na honorowy przelot.

  Jak się okazało samolot kosztował więcej, bo 2,6 mln zł, ubezpieczenie 80 tys. zł. Szkolono na nim pilotów (jako że maszyna miała podwójne urządzenia sterowania), skoczków spadochronowych, wożono nim też wycieczki za stosunkowo niewielką opłatą. Andromeda więc zarabiała dla Aeroklubu. Latała do 2010 roku. Potem została sprzedana. Oczywiście że przechodziła modernizację, zmieniano silnik, ale nazwa wciąż była ta sama.

  Potem jeszcze - jak odnotowano w sprawozdaniach - zakupiono samolot Wilga, dwa szybowce Cobra, szybowiec Jantar, motoszybowiec Ogar, traktor do transportu szybowców na start, samochód Żuk. A także radiostacje samolotowe i szybowcowe, 10 spadochronów ratowniczych, urządzenie do zdalnego sterowania modelu latającego.

  W latach 80. Aeroklub Białostocki posiadał w sumie 32 szybowce i 15 samolotów oraz około 100 spadochronów ratowniczych szkolnych i wyczynowych.

- Kiedy lataliśmy bardzo intensywnie, to latem dziennie wykonywaliśmy od 200 do 240 startów i lądowań samolotów i szybowców. Kierownik lotów musiał mieć głowę na sprężynie. 20 kursantów - każdy wykonywał maksymalnie sześć lotów dziennie. Cały czas był ruch - podkreśla Jan Jagodzik. - Mieszkańcy z okolicy nieraz narzekali na hałas, ale kiedy następowała przerwa, to bywało, że dzwonili z pytaniem, co się stało, że nikt na Krywlanach nie lata - dodaje z uśmiechem.

- To nie było puste pole, jak niektórzy potem określali. Kapitanowie w LOT, piloci w wojsku stawiali swoje pierwsze kroki właśnie w Aeroklubie Białostockim. Miałem ogromną satysfakcję, kiedy w Dęblinie salutowali mi oficerowie. Ja ich nie poznawałem, a oni podchodzili do mnie i mówili, że szkolili się na Krywlanach.

  Latanie jest wielką pasją. Żeby to zrozumieć trzeba wsiąść w samolot. Odrywasz się od ziemi i masz poczucie zupełnej wolności. Samolot niesie ciebie w przestworza, a jeszcze bardziej szybowiec, on śpiewa swoim gwizdem, rozmawia z tobą. Ja do dziś pamiętam swój pierwszy lot - mówi z sentymentem Jan Jagodzik. - Widzę kształt chmur nade mną, szarość ziemi, od której się oderwałem. I pamiętam tę wielką radość, że mogę lecieć. To wspaniałe uczucie.


Alicja Zielińska

Translate