Postaw mi kawę na buycoffee.to

An-2, czyli Andromeda latała nad Białymstokiem

   W latach 70 i 80 Aeroklub Białostocki był w szczytowym okresie rozwoju. Od wiosny do późnej jesieni, od świtu do zmroku lotnisko na Krywlanach tętniło życiem. Startowały i lądowały samoloty, skakali skoczkowie spadochronowi, próbowali swoich sił młodzi modelarze a doświadczeni szlifowali swoją formę na zawody. Przylatywały tu też samoloty z Polski i zagranicy. Dziś dalsza część wspomnień Jana Jagodzika, wieloletniego kierownika Aeroklubu Białostockiego.

- Był początek lat 70. - opowiada Jan Jagodzik.. - Władze wojewódzkie przydzieliły nam dwa miliony złotych na zakup samolotu AN-2. Miał on polepszyć komunikację z powiatami: Grajewo, Ełk i Suwałki, leżącymi na północy ówczesnego województwa białostockiego. A ja jako kierownik Aeroklubu dostałem zadanie kupić samolot. Nogi się pode mną ugięły, gdy usłyszałem o tej decyzji. W tamtych czasach, w początkach lat siedemdziesiątych, to było porywanie się z motyką na księżyc. Dzwonię do kolegów w Warszawie, a oni wprost: "Jasiu, czyś ty zwariował, jak ty kupisz samolot"?

- Ratujcie - proszę, bo będzie kompromitacja. "Jest szansa", ktoś powiedział, ale trzeba jechać osobiście do dyrektora WSK Mielec.

   Co miałem robić, oczywiście pojechałem do Mielca. Dyrektor poprosił mistrza i powiedział: wykonacie jeden samolot więcej w czynie społecznym dla tego lotnika, wskazał na mnie. Ten skinął głową, że oczywiście. Jednak musieliśmy czekać dwa lata. Wreszcie samolot przyleciał do Białegostoku. Gazeta Białostocka ogłosiła konkurs na nazwę. Spośród wielu propozycji, jakie napłynęły wybrano imię Andromeda, od mitycznej królowej przemienionej po śmierci przez bogów w gwiazdozbiór nieba północnego. Wymyślił je Piotr Mingielewicz, uczeń II klasy Zasadniczej Szkoły Budowlanej.

  8 lipca 1973 roku - jak czytamy w Gazecie Białostockiej - odbyła się uroczystość nadania nazwy. Matką chrzestną była Irena Szyrkowiec, najlepsza absolwentka Wydziału Lądowego Wyższej Szkoły Inżynierskiej (Politechniki). A napis narysował Mikołaj Skurat. Padły słowa tradycyjnej formułki: lataj wysoko i daleko, rozsławiaj Białostocczyznę, nadaję ci imię Andromeda. Akt symbolicznych chrzcin uświetniła butelka szampana rzucona o śmigło. Po krótkiej chwili za sterami Andromedy zasiadł szef Aeroklubu pilot Jan Jagodzik, który zaprosił na honorowy przelot.

  Jak się okazało samolot kosztował więcej, bo 2,6 mln zł, ubezpieczenie 80 tys. zł. Szkolono na nim pilotów (jako że maszyna miała podwójne urządzenia sterowania), skoczków spadochronowych, wożono nim też wycieczki za stosunkowo niewielką opłatą. Andromeda więc zarabiała dla Aeroklubu. Latała do 2010 roku. Potem została sprzedana. Oczywiście że przechodziła modernizację, zmieniano silnik, ale nazwa wciąż była ta sama.

  Potem jeszcze - jak odnotowano w sprawozdaniach - zakupiono samolot Wilga, dwa szybowce Cobra, szybowiec Jantar, motoszybowiec Ogar, traktor do transportu szybowców na start, samochód Żuk. A także radiostacje samolotowe i szybowcowe, 10 spadochronów ratowniczych, urządzenie do zdalnego sterowania modelu latającego.

  W latach 80. Aeroklub Białostocki posiadał w sumie 32 szybowce i 15 samolotów oraz około 100 spadochronów ratowniczych szkolnych i wyczynowych.

- Kiedy lataliśmy bardzo intensywnie, to latem dziennie wykonywaliśmy od 200 do 240 startów i lądowań samolotów i szybowców. Kierownik lotów musiał mieć głowę na sprężynie. 20 kursantów - każdy wykonywał maksymalnie sześć lotów dziennie. Cały czas był ruch - podkreśla Jan Jagodzik. - Mieszkańcy z okolicy nieraz narzekali na hałas, ale kiedy następowała przerwa, to bywało, że dzwonili z pytaniem, co się stało, że nikt na Krywlanach nie lata - dodaje z uśmiechem.

- To nie było puste pole, jak niektórzy potem określali. Kapitanowie w LOT, piloci w wojsku stawiali swoje pierwsze kroki właśnie w Aeroklubie Białostockim. Miałem ogromną satysfakcję, kiedy w Dęblinie salutowali mi oficerowie. Ja ich nie poznawałem, a oni podchodzili do mnie i mówili, że szkolili się na Krywlanach.

  Latanie jest wielką pasją. Żeby to zrozumieć trzeba wsiąść w samolot. Odrywasz się od ziemi i masz poczucie zupełnej wolności. Samolot niesie ciebie w przestworza, a jeszcze bardziej szybowiec, on śpiewa swoim gwizdem, rozmawia z tobą. Ja do dziś pamiętam swój pierwszy lot - mówi z sentymentem Jan Jagodzik. - Widzę kształt chmur nade mną, szarość ziemi, od której się oderwałem. I pamiętam tę wielką radość, że mogę lecieć. To wspaniałe uczucie.


Alicja Zielińska

Fabryka Commichau

    Nieistniejące nieruchomości, które przed II wojną światową zlokalizowane były przy ul. św. Rocha. Ilustracją  do dzisiejszego tekstu jest również zdjęcie, wykonane przez Józefa Sołowiejczyka w 1897 r. Został na nim uwieczniony zespół budynków określonych przez autora jako „fabryka Commichau”.

  Fotograf ustawił się po stronie ul. Nowoszosowej (dziś  to  ul. H. Dąbrowskiego) i skierował obiektyw na południe, obejmując teren rozciągający się między stacją kolejową (po prawej stronie widzimy wieżę ciśnień oraz  fragment gmachu dworcowego) a wzgórzem z kaplicą i cmentarzem św. Rocha. Obszar ten, przed II wojną przyporządkowany do ul. św. Rocha 14, współcześnie zajęty jest pod ul. Bohaterów Monte Cassino, Park im. J. Dziekońskiej, Spodki i handlowce  przy ul. św. Rocha. Jak już wspominałem, znaczna część terenów położonych przy tej ulicy jeszcze na początku lat 70. XIX w. stanowiła własność gospodarzy ze wsi Białostoczek i dopiero później znalazły się one w granicach Białegostoku.

  Pierwsze informacje na temat terenów, na których stanęła fabryka Commichau, pochodzą z lat 70. XIX w. W 1871 r. część tych gruntów przedstawiciele gminy wydzierżawili Chaimow i Lublińskiemu. W kolejnych latach prawo do dzierżawy przechodziło z rąk do rąk – w 1876 r. Lubliński odstąpił je Ickowi Halpernowi, który oddał je grodzieńskiemu mieszczaninowi Abramowi Izabelińskiemu. Izabeliński wzniósł na dzierżawionym gruncie drewniany dom, po czym podzielił teren na dwie części, z których jedną odstąpił Wolfowi Gradowi, ten zaś w 1882 r. Wolfowi Epsztejnowi.

  Inną część gruntów pod przyszłą fabryką w 1879 r. przedstawiciele wsi odsprzedali kupcowi Filipowi Timofiejewowi. Na jego temat nie wiemy w zasadzie nic poza faktem, że jeszcze tego samego roku wzniósł  tu pierwsze zabudowania fabryczne, w tym frontowy piętrowy dom oraz trzypiętrową halę produkcyjną z dwiema oficynami, mieszczącymi w sobie maszynę parową i kocioł. W grudniu 1879 r. grunt i fabrykę kupca Filipa Timofiejewa nabył pruski poddany i kupiec 2 gildii Rudolf Commichau, zaś w  listopadzie 1882 r. odkupił on

od Abrama Izabelińskiego i Wol- fa Epsztejna sąsiadujące grunty wraz z zabudowaniami, stając się  wyłącznym właścicielem rozległej posesji przy ul. św. Rocha 14. Rodzina Commichau sprowadziła się do Białegostoku w latach 40. XIX w. z Colditz w Saksonii.

  Wykorzystując dawny młyn Antoniuk bracia: August, Herman, Rudolf   i Albert  założyli jedną z największych i najlepiej prosperujących firm włókienniczych. Z czasem firmę na Antoniuku, rozszerzoną o zespół fabryczny przy ul. Warszawskiej 59, przejął Herman Commichau.

  Tymczasem Rudolf w 1880 r. usamodzielnił się, zakładając własną fabrykę sukna i kołder przy ul. św. Rocha. W 1853 r. wstąpił w związek mażeński z Blanką von Hane, z którą miał aż piętnaścioro dzieci. Wieku dorosłego dożyli Julia Clara (żona Franza Lippischa), Alfred, Maria Helena (żona Wilhelma Gustawa Teetzmanna), Aleksander, Hugo, Karol, Oskar, Hedwiga i Marga- rethe. Rudolf zmarł w 1901 r. Z licznego grona dzieci Rudolfa interesować nas będą szczególnie Alfred, Aleksander i Hugo Commichau, którym 29 kwietnia 1889 r. ojciec podarował prawa własności do nieruchomości przy ul. św. Rocha 14. W 1890 r. była to druga największa fabryka w mieście – prym wiódł najstarszy zakład Hermana Commichau, zatrudniający 215 robotników i wyrabiający towary o wartości 150 tys.  rubli rocznie, na drugim miejscu był natomiast zakład Rudolfa i synów, który chociaż miał 213 zatrudnionych, osiągał produkcję wysokości 250 tys.  rubli rocznie, w czym był wówczas bezkonkurencyjny. Pomocny w osiągnięciu tych efektów był zapewne nowoczesny silnik parowy o mocy 40 KM, najwyższej w ówczesnym Białymstoku. W 1897 r. firma została nagrodzona przez cara Mikołaja II najwyższym medalem uznania.

  Firma „Rudolf Commichau i Synowie” działała do I wojny światowej. Zabudowania fabryczne przetrwały okres okupacji niemieckiej, ale dzieje posesji przy ul. św. Rocha 14  w pierwszych chwilach po odzyskaniu niepodległości pozostają niejasne. Po sierpniu 1920 r. obiekty zostały przejęte przez wojsko i zlokalizowano w nich siedzibę i skład intendentury Dowództwa Okręgu Generalnego Białystok. Dopiero w 1925 r. wyrok Sądu Okręgowego w Grod nie przysądził prawa własności do całej nieruchomości Oskarowi Schoenowi. Wówczas też ponownie zawarczały tu wrzeciona maszyn tkackich – Schoen wraz ze swoim wspólnikiem Szołemem Fajnsz- tejnem prowadzili od 1919 r. wytwórnię sukna i kołder przy ul. Konopnickiej 1.

  Po 1925 r. wspólnicy przenieśli produkcję na ul. św. Rocha 14.  Budynki przy ul. św. Rocha 14 w okresie międzywojennym służyły także innym przedsiębiorcom, którzy dzierżawili w nich powierzchnię, m.in. skup i sprzedaż materiałów drzewnych Mozesa Szlac htera od 1929 r., wykończalnia i farbiarnia sukna „Zelman Brajnin, Jakub Glikfeld i Spółka, spółka firmowa” od 1931 r. czy sprzedaż szkła taflowego „Szyba” od 1938 r.  Oskar Schoen zmarł w 1925 r., uprzednio zapisując prawa własności dzieciom Emilii i Leonowi Schoenom. Przed 1939 r. Oskar, a potem jego spadkobiercy, stopniowo  wyprzedawali  nieruchomości.  Budynki przy ul. św. Rocha 14 uległy spaleniu w okresie II wojny światowej, najpewniej w 1944 r., a stan ten potwierdza zdjęcie lotnicze z września tego roku. Zostały rozebrane na początku lat 50. XX w.


Wiesław Wróbel

Waldemar Szliserman wspomina stare Bojary

  Sąsiedzki karnawał zimą 1940 roku. Od lewej ja ze śnieżką, tata, moja chrzestna ciocia Ola Pacuk, sąsiad pan Lewandowski, bracia Malewicze, kuzyn Michał Kruczkowski, jego żona Wanda, mały Zbyszek Malewicz, a na sankach Bogdan Kruczkowski.

Sąsiedzki karnawał zimą 1940 roku. Od lewej ja ze śnieżką, tata, moja chrzestna ciocia Ola Pacuk, sąsiad pan Lewandowski, bracia Malewicze, kuzyn Michał Kruczkowski, jego żona Wanda, mały Zbyszek Malewicz, a na sankach Bogdan Kruczkowski.

Z Bojarami i ulicą Piasta jestem związany prawie od urodzenia. Spędziłem tutaj całe swoje dzieciństwo i młodość. Byłem chłopakiem z Bojar i chyba pozostanę nim już do końca życia,

chociaż od dawna już tam nie mieszkam. Mam ogromny sentyment do tej dzielnicy - mówi Waldemar Szliserman.

  Do podzielenia się wspomnieniami o ulicy Piasta skłonił mnie tekst Irka Bańkowskiego w Albumie Białostockim. - Irek to mój kolega, jest kilka lat starszy, znamy się od czasów przedwojennych, ponieważ mieszkał on trzy domy dalej. Odżyły w mojej pamięci na nowo obrazy z niezapomnianej ulicy Piasta. Jej urok, sąsiedzi, każda lipa czy jarzębina rosnące przy naszych domach - opowiada pan Waldemar. - Nie ma już prawie tej ulicy, stoją tam teraz bloki, pawilony handlowe i ciągnie się nowo wybudowana ulica Piastowska.

  Irek opisywał swój dom przy Piasta 85. Był to jeden z okazalszych drewnianych budynków, z dużą posesją. Ogród ciągnął się aż do równoległej ulicy Spacerowej. Na parterze domu od ulicy mieścił się sklep spożywczy, który prowadziły siostry Malinowskie. Mosiężny dzwonek na sprężynie zawieszony na oszklonych drzwiach oznajmiał pojawienie się klienta. Z głębi pomieszczeń wychodziła jedna z tych pań właścicielek i z miłym uśmiechem sprzedawała produkty. Mąka, cukier (nazywany przez białostoczan mączką) i różne kasze stały w wielkich płóciennych workach. Nasypywano je do papierowych torebek, blaszaną szufelką z drewnianą rączką i ważono na wadze szalkowej. Duże odważniki były żeliwne, mniejsze żółte mosiężne. A mleko znajdowało się w 50-litrowych bańkach, rozlewano je kupującym do konewek.

  Dla nas dzieciaków największą atrakcję stanowiły oczywiście słodycze: landrynki w blaszanych wielkich pudłach, czekoladowe wafelki zawijane w papierki z nadrukiem różnych egzotycznych zwierząt i ptaków - papierki te służyły nam potem do wymyślnych gier. Na Boże Narodzenie można było kupić słodkie Mikołaje oraz aniołki i baletnice jako ozdoby do zrobienia samemu na choinkę. Pani Malinowska zawsze szykowała specjalne paczki żywnościowe jako prezenty dla klientów. Z kolei akcentem świątecznym na Wielkanoc były zajączki zawijane w sreberka. U pani Malinowskiej zwykle kupowało się na zeszyt, to znaczy płacono dopiero w soboty. My, dzieci też tak kupowaliśmy.  

  W 1939 roku, kiedy zaczęła się wojna, w domu państwa Bańkowskich sklepu już nie było. Najpierw na górce Sowieci zasiedlili Ukraińców - matkę i syna. Ta kobieta nazywała się Iwanowskaja, mamy o niej niezbyt miłe wspomnienia. Gdy wybuchła wojna niemiecko-sowiecka wszyscy Rosjanie uciekali z ustępującymi wojskami sowieckimi. Iwanowskaja nie chciała uciekać, ukryła się i pozostała w Białymstoku. Jej syn Borys zatrudnił się jako strażnik w więzieniu. W połowie 1942 roku, kiedy mój tata został aresztowany przez gestapo i osadzony w więzieniu, mama kilka razy prosiła ich o jakiekolwiek wieści od ojca i przekazanie mu paczek, dała za to zwoje biżuterii. Po wojnie, jak tata wrócił z obozu, dowiedzieliśmy się, że otrzymał tylko jedną czy dwie paczki.

  W lipcu 1944 roku, gdy Armia Czerwona zbliżała się do Białegostoku, Borys uciekł z Niemcami. Iwanowskaja, nie doczekawszy się powrotu syna, też postanowiła uciec do Rosji. Bała się, że NKWD rozstrzela ją za współpracę z Niemcami. Za kilka litrów bimbru kupiła u żołnierzy małego konika i ukraińską chłopską furmankę. Przez parę dni pasłem tego konika na łąkach za naszymi domami i nawet jeździłem nim wierzchem. Po tygodniu załadowała na tę furkę swój dobytek i pojechała. I słuch po niej zaginął.

  Pamiętam też smutną historię Niemca pana Klata. Ta rodzina od pokoleń była związana z Białymstokiem. Kiedy Hitler napadł na Polskę, on i wszyscy białostoccy Niemcy dostali rozkaz wyjazdu do Rzeszy. Z kilkoma walizkami i ze łzami w oczach musieli zostawić cały swój majątek. Bardzo ich wtedy żałowaliśmy, to byli dobrzy ludzie. W domu Klatów potem zakwaterował się kapitan Dziwlaszow, dowódca kozaków dońskich.

  24 czerwca, na odpust św. Jana, gdy Sowieci uciekali z Białegostoku przed Niemcami, rodzina Dziwlaszowa: żona w ciąży i z dwójką dzieci załadowali się na ciężarówkę. Ale niestety bomba trafiła w auto i wszyscy zginęli. Dowiedzieliśmy się o tym, kiedy Dziwlaszow, wracając po zakończeniu wojny z Berlina zajechał do nas i o tym opowiedział. Zawdzięczaliśmy mu ocalenie naszej rodziny od wywózki na Sybir, bo się wstawił za ojca na NKWD.

  Teraz coś weselszego, bo mimo wojny ludzie cieszyli się drobnymi rzeczami, odwiedzali nawzajem, bawili się na prywatkach, my zaś dzieciaki też mieliśmy swoje radości. W pierwszym roku okupacji niemieckiej, a była to śnieżna zima, Irek Bańkowski pożyczył mi swoje piękne narty z kijkami bambusowymi, rodzice przy okazji zrobili mi zdjęcie na tych nartach. Zdjęcia naszej rodzinie zwykle robił pan Zygmunt Tomczyński, jeszcze wówczas na negatywach szklanych wielkości pocztówki. Pan Zygmunt mieszkał za mostkiem na Dolistówce, domek ten uchował się do dziś.

  Bardzo lubiłem jeździć na nartach, więc potem tata odkupił od znajomej nauczycielki ładne jesionowe narty zakopiańskie, okucia trzymające buty były metalowe a wiązania wykonane z mocnej rymarskiej skóry. Drewno lakierowane jasną politurą. Kolega po sąsiedzku Janusz Czernik też miał narty z Zakopanego, jeszcze ładniejsze od moich, politurowane mahoniową barwą, błyszczały z daleka.

  Zjeżdżaliśmy z nasypu kolejowego na łąki przy Dolistówce (dziś tam jest nowa Piastowska) lub z pagórków w lesie w Pieczurkach. A gdy rzeczka wylała na łąkach powstawało wspaniałe lodowisko, ciągnące się od Piasta do Warszawskiej. Po gładkiej tafli ślizgaliśmy się na łyżwach, oczywiście kto je posiadał. Inni robili łyżwy własnym sumptem z kawałka drewna okutego stalowym drutem od spodu, przywiązywało się je sznurkiem do butów i jazda na lód.

  Dorośli, chcąc się spotkać wieczorami znaleźli sposób na godzinę policyjną. W płotach porobili tajemne furtki albo zostawili specjalnie sztachety na jednym gwoździu i tak nie wychodząc na ulicę mogli odwiedzać się nawzajem, a w razie zagrożenia uciekać wprost na pola.

  Jak patrzę na stare fotografie, to wspominam wiele takich miłych wspólnych spotkań, latem na prywatkach na podwórzach, czy przy zasłoniętych oknach na sylwestra. Przy patefonie i winylowych płytach tańczono, bawiono się, zapominając chociaż na chwilę o wojnie.


Alicja Zielińska 

Translate